Gildia szydery - "X-Men: Apocalypse"

Autor: Mateusz Michałek, Oldboy, osti
Korekta: Damian "Nox" Lesicki
24 czerwca 2016

Gildia szydery – X-Men: Apocalypse

 

Gildia Szydery bierze głośne produkcje na tapet i bezlitośnie wbija szpile, wyszukuje wady oraz krytykuje. Nie ważne czy film nam się podobał. Po prostu lubimy się czepiać. W pierwszej odsłonie naszego nowego cyklu pastwiliśmy się nad Kapitanem Ameryką: Wojną bohaterów. Tym razem nasze zadanie było znacznie łatwiejsze, gdyż X-Men: Apocalypse nie został przyjęty tak ciepło, jak konkurencja... 

 

 

Chyba każdy fan komiksów starał się choć raz w życiu przekonać laika, że historie o superbohaterach to coś więcej niż bójki postaci w pelerynach i obcisłych gaciach, że mogą mieć głębszy przekaz i sens. Niestety, nasi adwersarze otrzymali trudny do podważenia argument.


Wydaje się, że wzorem Gwiezdnych wojen, możemy już mówić o klasycznej trylogii X-Men i nieudolnych kontynuacjach. Chociaż Pierwsza klasa i Wolverine: Geneza były jeszcze niezłe, to cały cykl staczał się nieuchronnie, aż sięgnął dna o nazwie X-men: Apocalypse. Trudno o bardziej trafny tytuł. Ten film to apokalipsa dla kinowego świata mutantów.

 

Ciężko wskazać jakieś pozytywy tej produkcji, natomiast o negatywnych elementach można napisać cały artykuł. Skupię się na tych najbardziej rażących, które deklasują film. Scenariusz to zlepek scen, z których większość zdaje się nie mieć sensu, a te które go mają kładzie fatalna realizacja. Do legendy przejdzie niedorzeczność niektórych z nich, jak np. atak uzbrojonej w – uwaga - JEDEN łuk „partyzantki ORMO” na Magneto. Szkoda, że wszyscy zapomnieli, iż strzały powinny mieć stalowy grot, chyba, że w komunistycznej Polsce używało się jeszcze kamiennych.

 

Wątek polski ma tutaj szczególne znaczenie, a pokazywanie nieprawdziwego obrazu obozu koncentracyjnego w Auschwitz jest co najmniej nie na miejscu! Zaskakuje to tym bardziej, że ten sam reżyser w perfekcyjny sposób uniknął kontrowersji w pierwszym filmie z serii X–Men.

 

Kolejnym kuriozum jest realizacja scen walki – brak dynamiki, szybkości, mocy. Momentami miałem wrażenie, że oglądam Power Rangers. Charakterystyka postaci – w porównaniu do komiksowych pierwowzorów - jest drastycznie spłycona. Apocalypse, nemezis mutantów, najpotężniejszy z nich, ich mistrz i przewodnik w finałowej walce przegrywa bo…jest sam i nie ma kolegów! Nawet rozterki Erika Lehnsherra wydają się mało wiarygodne, chociaż Michael Fassbender stara się jak może, by nadać im głębi. Z Psylocke zrobiono coś w rodzaju Jedi dla napalonych nastolatków, a Beast wygląda jak Sullivan z bajki Potwory i spółka. Mystique, Jean Gray, Cyclops, Nightcrawler są tak doskonale nijacy, że na ich tle wręcz perfekcyjnie wypada wyrazisty Quicksilver – jeden z dwóch elementów ratujących film. Drugim jest uwolnienie Wolverine’a, którego sceneria jest wręcz skopiowana z klasycznego komiksu Weapon X.


Czarę goryczy przelewa brak pomysłów i wtórność - po raz kolejny widzimy zrujnowaną szkołę Xaviera, przemianę Dark Phoenix… to już było, w tej samej serii, ale lepiej pokazane! Mam nieodparte wrażenie, że jedynym powodem powstania tej produkcji było konkurowanie z filmem Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów. Niestety, tym razem X–Meni przegrali z The Avengers…

Oldboy

 

 

Jean Grey miała rację!


Jest w X-Men: Apocalypse scena, w czasie której bohaterowie wyśmiewają Ostatni bastion, jednocześnie stwierdzając, że trzecia część zawsze jest najgorsza. Oczywiście mieli rację, jednak dość nieoczekiwanie i bardzo trafnie ocenili również film ze swoim udziałem (trzeci film nowej trylogii).


Bryan Singer ponownie przeniósł X-Menów w czasie, jednak tym razem nie ma to nic wspólnego z fabułą, lecz ze stylistyką i sposobem realizacji ekranizacji komiksów. Na ekranie obserwujemy niekończące się i pełne pustych frazesów dialogi (Nie wygrasz, bo jesteś sam - to faktycznie ważniejsze od mocy i tym Xavier z pewnością pokonałby Apocalypse'a), wyjątkowo plastikowe efekty specjalne (Singer – ucz się od Marvela i DC) i fatalnie nakreślone postacie, będące równie schematyczne i niedopracowane, co kolejny festiwal w Opolu. Nie sposób, nie wspomnieć o przezabawnym polskim wątku, z którego sporo dowiadujemy się o naszym języku (Miodek dostałby chyba zawału) oraz realiach lat 80. Pracownik huty, leśniczówka i trabant? Wątek równie realistyczny i prawdopodobny, co koniec kryzysu w Trybunale Konstytucyjnym. Dalej jest jeszcze lepiej…


Pozostając w temacie festiwalu, na ekranie obserwujemy niezwykłe starcie bohaterów, rozgrywających między sobą niesamowite zawody o obsadzenie w roli… głupiego i głupszego. Najmądrzejszy i najpotężniejszy mutant Charles Xavier nie widzi w Cerebro Apocalypse'a, choć powinien mu się zaświecić jak choinka; następnie wpuszcza go do głowy (niczym kochankę do domu), a na koniec z olbrzymią naiwnością, walczy z nim w jakimś psychofizycznym pojedynku (dostaje po twarzy mentalnie i metaforycznie). Do rozgrywki stanęli również pozostali uczestniczy tej pseudoepickiej potyczki, sukcesywnie łamiąc wszelkie zasady logiki. Obserwując nowych/starych bohaterów z utęsknieniem wspominamy wcześniejszą obsadę, która w przeciwieństwie do obecnej, złożona była z co najmniej solidnych aktorów, czego nie możemy powiedzieć o obecnych "gwiazdach" produkcji.


X-men: Apocalypse to jedna z najsłabszych ekranizacji komiksów ostatnich lat, po której Bryan Singer powinien otrzymać sądowy zakaz zbliżania się do kolejnych sequeli.

Mateusz Michałek

 

 

Dogonić własny ogon

 

Przez cały seans X-Men: Apocalypse zastanawiałem się, ile czasu scenariusz tego filmu przeleżał w czyjejś szufladzie. Dosłownie wszystko trąci tutaj szalonymi latami dziewięćdziesiątymi. Czarny charakter chce... ZNISZCZYĆ ŚWIAT! Jakież to oryginalne! A reszta? Nasi herosi muszą się zmierzyć z takimi nowatorskimi dla kina problemami jak nietolerancja i brak akceptacji dla własnej odmienności! Och jej, mam supermoce, ale nie potrafię ich kontrolować! Nikt mnie nie lubi...

 

Wprawdzie trochę za wcześnie, aby zwiastować kres kina superbohaterskiego, ale jak długo jeszcze widzowie będą wydawać pieniądze na tego typu produkcje? Ile zainteresowania wzbudzać będą kolejne "dzieła", w których niebieska małpa leje się z odzianą w skąpe lateksowe wdzianko seksbombą? Czy strzelanie z oczu laserami i rażenie przywołanymi z nieba błyskawicami jest tym, co chcemy widzieć za każdym razem, gdy idziemy do kina?

 

Zresztą, szydzenie z X-Men: Apocalypse jest trochę jak kopanie leżącego. Zwyczajnie nie w porządku. Film pogrąża dodatkowo drewniana gra rewelacyjnych zazwyczaj aktorów. James McAvoy, Michael Fassbender czy Jennifer Lawrence nie raz pokazali, jak wybitnymi są artystami, tym bardziej więc rażą kije, które przed rozpoczęciem zdjęć ktoś powpychał im w tyłki. Evan Peters w roli Quicksilvera powinien trochę ratować sytuację, jednak niestety wszystkie świetnie przygotowane sceny z jego udziałem tylko obnażają beznadzieję reszty...

osti

 



blog comments powered by Disqus