Powrót do odległej galaktyki – kilka spojrzeń na "Imperium kontratakuje"

Autor: Damian "Nox" Lesicki, Mateusz Michałek, osti
Korekta: Joanna Biernacik
18 grudnia 2015

Już w piątek premiera Gwiezdnych wojen: Przebudzenia mocy, a my zbliżamy się do końca naszego cyklu, w którym wspominamy wszystkie odsłony sagi. Dziś ponownie przyglądamy się Imperium kontratakuje.

Powiem szczerze, że nigdy nie rozumiałem peanów i zachwytów dotyczących Imperium kontratakuje, podkreślających, że to najlepsza odsłona gwiezdnej sagi. Produkcja, jak na owe czasy, została całkiem sprawnie zrealizowana, była pełna nowych i interesujących krain, niezwykłych bohaterów oraz jeszcze lepiej rozwiniętych relacji pomiędzy bohaterami. Pada w filmie, oczywiście, również legendarne zdanie: Luke, I’m your father (często później parodiowane), które przybliża nam skomplikowane losy rodziny Skywalkerów.

W Imperium kontratakuje George Lucas pokazał, jak należy kręcić sequele (choć pełnił tym razem rolę producenta). Na ekranie wszystko jest ciekawsze, większe, jednak film pozbawiono już charakterystycznego poczucia humoru. Twórcy stawiają raczej na ponurą stylistykę, której zwieńczeniem jest mroczny finał, na trzy lata pozostawiający fanów bez odpowiedzi na temat kluczowych, niedokończonych wątków.

To wszystko sprawia, że Imperium kontratakuje jest jedną z najlepszych odsłon sagi, jednak moim zdaniem, nieco ustępuje Zemście Sithów - Mateusz Michałek

Imperium kontratakuje to epizod przez wielu uznawany za najlepszą część gwiezdnej sagi. Osobiście nie mam do niego aż takiego stosunku emocjonalnego, bo starą trylogię zawsze traktowałem jako pewną całość. Gdy w dzieciństwie oglądałem Gwiezdne wojny na kasetach, nie skupiałem się nad tym, który epizod był lepszy, a która gorszy – to był jeden trzyczęściowy film.

Trzeba jednak przyznać, że Imperium wyróżnia się na tle pozostałych części swoim nastrojem. Po spektakularnym zwycięstwie Sojuszu w Nowej nadziei okazuje się, że rebelianci wciąż są zaszczutą partyzantką ukrywającą się przed potęgą Imperium, a bohaterski Luke to nadal niedoświadczony młokos, który musi odbyć mozolny trening. To w tym epizodzie poznajemy lądową potęgę imperialnej armii w postaci maszyn kroczących oraz przekonujemy się, że Darth Vader nie jest uosobieniem całego zła w galaktyce, lecz jedynie pokornym sługą Imperatora. Wydarzenia z końca filmu nie przedstawiają się dla protagonistów zbyt pomyślnie – Skywalker zostaje pokonany i okaleczony, Solo – pojmany, a Rebelia zmuszona jest do ciągłej ucieczki. W dodatku wyznanie Vadera sprawia, że podział na dobrych i złych przestaje być jednoznaczny. To zdecydowanie najbardziej pesymistyczna część obu trylogii. Ze względu na brak wizualnego przepychu, bardziej ponura nawet od Zemsty sithówDamian „Nox” Lesicki

Imperium kontratakuje jest moim zdaniem najlepszą częścią sagi, ale trzeba pamiętać, że jako „środek” trylogii raczej nie może funkcjonować samodzielnie. Obfituje jednak w najbardziej kultowe dla całej sagi sceny. Otwierająca Epizod V bitwa o Hoth do dzisiaj rozpala wyobraźnię (AT-AT!), okazuje się też, że Vader jest ojcem Luke’a, zaś młody Skywalker spotyka Yodę i poznaje arkana Mocy.

Darzę Imperium kontratakuje wielką sympatią przede wszystkim ze względu na jedną scenę. W najmroczniejszym momencie Leia postanawia wyznać Hanowi miłość, co ten kwituje krótkim „wiem”. Harrison Ford improwizował tę odpowiedź na przekór Lucasowi, definiując tym samym postać Hana Solo jako najbarwniejszą postać sagi – Michał „Osti” Ostiak



blog comments powered by Disqus