"Cloverfield Lane 10" - recenzja filmu

Czy jesteś gotowy na apokalipsę?

Reżyser Dan Trachtenberg postanowił posłużyć się złotą zasadą zaczerpniętą wprost od mistrza kina grozy, Alfreda Hitchcocka. Po pierwszych minutach filmu następuje swego rodzaju trzęsienie ziemi, a później napięcie już tylko rośnie. Akcja w Cloverfield Lane 10 ani na chwilę nie zwalnia.

Widz jest wręcz zasypywany nowymi wątkami, z którymi niezbyt ma czas się oswoić, ponieważ co chwilę dzieje się coś innego. Zabieg ten jest tak dobrze wyważony, że obraz ogląda się z prawdziwą przyjemnością i słodkim oczekiwaniem na to, co zaraz może się wydarzyć. Jest tutaj wszystko to, na co zagorzali amerykańscy fanatycy wyczekujący końca świata szykują się od pokoleń. Główna bohaterka Michelle (Mary Elizabeth Wintstead) trafia do jednego z nich.

Dziewczyna nie pamięta, co się wydarzyło, budzi się i widzi wokół siebie tylko ściany celi i wielkie metalowe drzwi na zasuwkę. Jej złamana noga przykuta jest kajdankami do muru w taki sposób, że ma bardzo ograniczone pole ruchy. Po kilku rozpaczliwych minutach pojawia się jej domniemamy oprawca i wybawiciel jednocześnie. Howard (John Goodman) twierdzi, że nie tylko uratował ją z wypadku samochodowego, ale również – i przede wszystkim – uchronił ją przed tajemniczym atakiem, który zgładził pozostałą część ludzkości. W jego schronie przeżyli tylko on, ona i, jak po chwili dowiadujemy, tajemniczy Emmett (John Gallagher Jr.). W ten oto sposób zaczyna się swoisty teatr trzech aktorów.

Michelle od początku sceptycznie podchodzi do całej sytuacji. Nie bardzo jest w stanie uwierzyć, że w jednej chwili prowadziła samochód, a w następnej znalazła się zamknięta w bunkrze z emerytowanym wojskowym, który twierdzi, że nastąpił koniec świata, lecz nie potrafi tego jej w żaden sposób udowodnić. Nasza bohaterka postanawia nie poddawać się i za wszelką cenę dotrzeć do drzwi prowadzących na zewnątrz schronu, by przekonać się na własne oczy czy to, co mówi Howard może być prawdą. Gdy udaje się jej zrealizować ten plan, brutalnie w twarz uderza ją rzeczywistość. W dalszej części opowieści twórcy postanowili wcale nie zwalniać tępa. Wręcz przeciwnie, scenariusz skonstruowany jest w taki sposób, że ani na chwilę widz nie może być pewien tego, co widzi i czy to rzeczywiście prawda. Wraz z główną bohaterką przeżywamy takie same rozterki, co do całej sytuacji i nawet Emmett zaczyna wątpić w szczerość swojego sąsiada. Czy Howard mówi prawdę, czy jest zwykłym szaleńcem przetrzymującym ich w bunkrze? Czy rzeczywiście nikt więcej nie przeżył? Te pytania kłębią się nam w głowie przez cały czas.

Reżyser niesamowicie wyważył napięcie panujące między trójką naszych bohaterów. Każdy z aktorów swoją rolę poprowadził bezbłędnie. John Goodman w roli Howarda każdym pojawieniem się na ekranie nie daje widzom żadnych wątpliwości, co do tego, jaki szacunek i strach ma budzić jego postać. Mamy tutaj tylko trójkę aktorów w jednym pomieszczeniu, co jest bardzo trudnym zabiegiem, który udaje się dobrze zrealizować tylko nielicznym twórcom. Pomimo tego ograniczenia, nie odczuwamy znużenia.

Finał Cloverfield Lane 10 jest esencją całej historii. W zależności od tego czy jesteście fanami takiego kina, czy nie, albo skończycie z oczami i ustami szeroko otwartymi z niedowierzania i szoku, albo stwierdzicie, że to bujdy i zaśmiejecie się reżyserowi w twarz. Niemniej jednak ta produkcja, do której przyłożył się sam J.J.Abrams, jest dziełem pełnym od początku do końca. Wszystko tu jest na swoim miejscu i niczego nie brakuje. Zdecydowanie jedna z najlepszych tegorocznych premier.

Korekta: Damian "Nox" Lesicki


blog comments powered by Disqus