Życie w obrazach

plakat filmu Życie w obrazach

W ostatnim czasie nastąpił wysyp filmów, które określić można mianem survival movie. Ich bohaterowie rzuceni w ekstremalną rzeczywistość muszą wspiąć się na wyżyny ludzkich możliwości, by zachować życie. Po Essential Killing Jerzego Skolimowskiego i Pogrzebanym do kin trafia 127 godzin Danny’ego Boyle’a. Są co najmniej dwa powody, by uznać go za najwybitniejszy z tej trójki.

Po pierwsze głównego bohatera w obliczu śmierci postawiła nie fantazja scenarzysty próbującego odświeżyć formułę thrillera (Pogrzebany) czy też potrzebującego zabrać głos w światowym konflikcie chrześcijaństwa i islamu (Essential Killing), ale jego własna brawura i brak wyobraźni. 127 godzin to bowiem autentyczna historia oparta na wspomnieniach człowieka, który spędził pięć dni w górskim kanionie próbując uwolnić się spod głazu, który przykleszczył go w wąskim skalnym przejściu.

Drugim z powodów jest artystyczna maestria, z którą Boyle’owi udało się przedstawić człowieka zawieszonego między świadomością nadchodzącej śmierci a rozpaczliwym pragnieniem przeżycia. Grany przez Jamesa Franco Aron Ralston do momentu wypadku wiódł beztroskie życie „Piotrusia Pana”. Gdy znalazł się w pułapce, w jego umyśle budzą się wspomnienia zarówno ważnych chwil, jak i błahostek, które doprowadziły go do rzeczonego kanionu. Przelatujące mu przez głowę myśli mają charakter strumienia obrazów pulsującego z intensywnością muzycznego wideoklipu. Rytm ten podbija dodatkowo ścieżka dźwiękowa, na której znajdziemy takie przeboje jak „Ca Plan Pour Moi” Plastic Bertranda czy „Lovely Day” Billa Withersa. Efektowna realizacja sprawia, że udaje się nam praktycznie wejść w skórę głównego bohatera. Wręcz fizycznie odczuć towarzyszący mu ból i przerażenie.

Seans 127 godzin to opowieść, która uświadamia nam niezwykłą kruchość istnienia. Ta pozostająca w nas po napisach końcowych myśl sprawia, że wychodząc z kina głęboko nabieramy powietrza, by odetchnąć pełną piersią.

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus