Pokój, w którym (nie) straszy

plakat filmu Pokój, w którym (nie) straszy

Stephen King to prawdziwy tytan powieści grozy. Na swoich książkach dorobił się pokaźnej fortuny (1,5 mld dolarów), przy czym jego twórczość jest jedną z najchętniej i najczęściej ekranizowanych. Od 1976 roku, kiedy to przeniesiono na ekran pierwszy bestseller Kinga Carrie, do roku bieżącego, powstało blisko 100 produkcji opartych na jego tekstach. Wchodzący właśnie na ekrany 1408 Mikaela Håfströma jest dokładnie taki, jak duża część poprzednich ekranizacji. Może trochę wtórny, może nie wybitny, ale jednak trzymający w miarę przyzwoity poziom, mający to "coś".

Film stworzony został na podstawie jednego z krótkich opowiadań Kinga. Głównym bohaterem jest Mike Enslin (John Cusack), twórca przeciętnych powieści grozy. Zbierając materiały do najnowszej książki odwiedza jeden z nowojorskich hoteli, gdzie zamierza spędzić noc w otoczonym złą sławą, pokoju o tytułowym numerze. Setki przypadków zgonów naturalnych i samobójstw- nikt, kto do niego wszedł i zdecydował się zostać w nim na więcej niż parę minut, nie wyszedł z niego żywy. Mimo ostrzeżeń dyrektora hotelu (Samuel L. Jackson), Enslin decyduje się wynająć pokój i chyba po raz pierwszy w życiu będzie miał okazję zobaczyć to, o czym pisał w swoich książkach.

Drugi hollywoodzki film Håfströma, twórcy nominowanego do Oscara obrazu Zło, zaskakuje. Przede wszystkim, jakim cudem obraz, który trwa 96 minut i powstał na bazie przeszło 10-stronicowego opowiadania wydaje się za długi? Zawdzięczamy to pomysłowi opowiedzenia historii w czasie rzeczywistym, skali 1:1. Od momentu wejścia bohatera do pokoju do samego końca jego pobytu tam, 1 sekunda w świecie filmowym równa się 1 sekundzie w świecie rzeczywistym. Sam pomysł oryginalny nie jest, ale mógł filmowi wyjść na korzyść. Właśnie, mógł, ale nie wyszedł.

Winne temu jest przeładowanie owej godziny czasu różnymi wydarzeniami. Akcja jest zawrotna, rzeczy, które nas mają straszyć zmieniają się z sekundy na sekundę. Niestety, więcej niż ¾ nie osiąga zamierzonego efektu. Krwawiące ściany? Było. Trup w szybie? Było. Czyli, że horror, który nie straszy?

Otóż nie. Håfströmowi udało się uchwycić to, co było najważniejsze w opowiadaniu. Atmosferę klaustrofobii, niewiarygodności całej sytuacji, odcięciu od świata zewnętrznego. Przerażające osamotnienie bohatera, który praktycznie jest pozostawiony sam sobie, a wszystko, co go otacza jest jego wrogiem. To, co jest związane z tą strefą filmu naprawdę potrafi wywołać gęsią skórkę.

Brawa należą się Benoitowi Delhommowi, autorowi zdjęć do 1408, który dobitnie pomógł stworzyć reżyserowi klaustrofobiczną atmosferę całej historii. Dzięki jego inwencji filmowy hotel, ze swoimi długimi korytarzami, wydaje się miejscem, delikatnie mówiąc, dość upiornym.

1408 to film jednego aktora. Dosłownie. Przez lwią część filmu na ekranie widzimy tylko Johna Cusacka. Jak na horror, dość karkołomne przedsięwzięcie, nie mniej całkiem udane. Umiejętnie ukazuje rozdarcie i szok bohatera, który, nie wierząc w jakikolwiek świat paranormalny, zostaje gwałtownie z nim zderzony i to w formie piekielnej. Dosłownie.

Oprócz zbytniego przeładowania i powtarzania tanich, niestrasznych tricków horrorowych, mankamentem filmu są efekty specjalne, w przypadku których widać ograniczenia budżetowe produkcji. To właśnie te dwa czynniki walnie przyczyniają się do obniżenia końcowej oceny filmu.

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus