Bruce zbawia świat… i takiego go chcemy

plakat filmu Bruce zbawia świat… i takiego go chcemy

Nowy Jork, nawrócony bandyta z odkrywającym swoją wartość policjantem kontra miejscowa policja - tak w uproszczeniu wygląda scenariusz nowego filmu Richarda Donnera. Jednak 16 przecznic to nie jest kolejna gra w policjantów i złodziei. Jego wysoką jakość tworzą przede wszystkim doskonałe role Bruce’a Willisa i Mosa Defa. Film zrobiony został jako thriller jednak wyszedł trochę komediowo i dzięki temu nie dostaliśmy kolejnej przeciętnej amerykańskiej produkcji, która trafia na półki z napisem „sensacja”. Dobrze jest zobaczyć znowu Willisa, który może i znowu „ratuje świat” ale z jakąż gracją.

Jack Mosley’a z rana lepiej nie zaczepiać, niedbale narzucony garnitur, nieuczesane włosy, przekrzywiony krawat, worki pod oczami - obraz policjanta po wieloletniej służbie, który chce się wycofać. Jego marzeniem jest unikanie kłopotów. Niestety nie tego dnia – Jack zostaje zmuszony do przetransportowania do sądu czarnoskórego bandyty Eddiego. W samym sercu Nowego Jorku przejechanie szesnastu przecznic zajmie mu co najmniej godzinę, więc nici ze spokojnego przedpołudnia. Do tego dochodzi fakt, że Eddzie nie należy do milczków. Jego gadulstwo przeraża Jacka, boleśnie odczuwającego kaca. Gdy zatrzymuje się przed sklepem by kupić alkohol (nawet w Stanach znają zasadę klina klinem), dochodzi do strzelaniny. Nie trudno się domyślić, że Jack cudem ratuje Eddiego, następnie ucieka z nim do najbliższego budynku. Od tej pory strzelaninom nie będzie końca – powoli wychodzi na jaw, że Eddie ma zeznawać przeciwko policjantom, którzy nie wszystkie „interesy” załatwiali czysto. W sprawę, jak się okaże, zamieszany jest także Jack, który jednak postanawia, za cenę własnej reputacji a nawet życia, doprowadzić Eddiego do sądu. Teraz już nikomu nie można ufać, na każdej ulicy czają się „przyjaciele” z komisariatu, którzy nie cofną się przed niczym. Co nie znaczy, że stary policyjny wyga nie będzie w stanie ich przechytrzyć. Gdyby chodziło o ucieczkę, może nie byłaby ona trudna, ale Jack ma jeden problem – prokuratorzy w sądzie czekają tylko do dziesiątej, czas ucieka szybko a kanały nie są najlepszym skrótem. Innym kłopotem Jacka jest sam Eddie, któremu słowotoku nie przerywa nawet największa lufa wymierzona mu prosto w głowę, ucieka i gada, bo w rzeczywistości jest zagubionym dzieciakiem, który obiecuje się poprawić i założyć cukiernię. Czy dojadą na czas? czy spisek policyjny uda się złamać? - niestety na te pytania jak zwykle znamy odpowiedzi

Bruce Willis nie raz udowodnił, że idealnie nadaje się do roli zgorzkniałego policjanta lub przestępcy. Kreacja Jacka Mosley'a to z pewnością jedna z najciekawszych jego ról - trudna i zawikłana. Jedna z niewielu, w których jest nie tylko aktorem sensacyjnym ale i dramatycznym. Bo 16 przecznic to film jakby trochę teatralny. Mimo olbrzymiej ilości efektów specjalnych, pościgów, strzelanin, których kulminacją jest scena porwania autobusu, jest to film, którego siłą są dialogi, rozmowa między młodością i starością, których łączył brak poszanowania do prawa, a różni podejście do przyszłości. Jack nie wierzy w zmiany, Eddie jest o nich przekonany. Tak też stary wyga uczy się od młodego przestępcy jak odzyskać chęć do życia. Jak na teatralnej scenie pomiędzy akcją następują dialogi, które nie raz rozczulają, niekiedy rozbawiają do łez, a są wołaniem o prawo do życia, drugą szansę od losu. W roli Eddiego oglądamy Mosa Defa, urodzonego na Brooklynie rapera, który zasłynął rolą w filmie W rękach Boga. Młody aktor jest niezwykle „elastyczny” – Eddie to dzieciak, który wpadł w złe środowisko, wyrachowany przestępca, a czasem po prostu błazen z getta. To właśnie ta rola odmienia całość obrazu – powoduje, że z wciągającego thrillera mamy ochotę śmiać się, że najbardziej mrożące krew w żyłach sceny okraszane są chichotami po komentarzach Mosa.

Zaletą 16 przecznic jest z pewnością formalny pomysł, by wydarzenia biegły w czasie rzeczywistym, a więc uciekamy z bohaterami bez żadnych skrótów. Richard Donner bardzo dobrze stopniuje napięcie, przyśpiesza czasem do granic wytrzymałości, natęża obraz do maksimum by zaraz uwolnić go od balastu. Szczególnie brawa należą się za scenę porwania autobusu i ucieczki w nim pary bohaterów. Co czyni ją inną od tysięcy podobnych w filmach sensacyjnych? Richard Wenk, scenarzysta 16 przecznic umieścił w tej scenie wiele symbolicznych wydarzeń: małą dziewczynkę, z którą rozmawia Eddie, przerażonych a jednocześnie współczujących im ludzi w autobusie, i samego Eddiego, który najpierw ucieka z otoczonego pojazdu, by następnie wrócić do swojego wybawcy.

16 przecznic to rozrywka na wysokim poziomie zarówno dla wielbicieli dobrego kina sensacyjnego jak i miłośników dramatów i przemiany złych chłopców w grzeczne aniołki. To nie jest film przeintelektualizowany, to po prostu dobra robota.


blog comments powered by Disqus