Recenzja "20 000 dni na Ziemi"

Autor: Pityez

20 000 dni na Ziemi opowiada dniu z życia Nicka Cave’a. Nazywanie tego filmu dokumentem wydaje się jednak nadużyciem. 20 000 dni na Ziemi to zbiór obrazków z życia rockowej legendy, próba ukazania charakteru muzyka – deser po zapoznaniu się z właściwą biografią. Czy warto go obejrzeć na dużym ekranie? Powiedz, kim jesteś, a dostaniesz odpowiedź.

Nicka Cave jest liderem The Bad Seeds, a jednoczenie jednym z najbardziej rozpoznawalnych australijskich muzyków rockowych, który od swojego debiutu w późnych latach 70. z post-punkowego narkomana rozbijającego się po Australii i śpiewającego o wyrzutkach wyrósł na międzynarodowej sławy muzyka i kompozytora. Chociaż nie budzi już takich kontrowersji jak jeszcze dwadzieścia lat temu, pozostaje jedną z najbardziej charakterystycznych postaci współczesnej rockowej sceny.

Film ukazuje 20-tysięczny dzień życia Cave’a. Muzyk budzi się o poranku i rozpoczyna swoją rutynę – niby podobną, ale jakże inną od tej, z którą zmagają się przeciętni ludzie. Są praca, rodzina i przyjaciele, ale także zmaganie się z problemami i rozpamiętywanie przeszłości. Tyle tylko, że pracą Australijczyka jest pisane piosenek i nagrywanie kolejnej płyty (w tym przypadku Push the Sky Away) oraz występ przed rozentuzjazmowaną publicznością. Rodzina staje się inspiracją dla kolejnych utworów, a przyjaciele to ekscentryczni muzycy, których los połączył w pewnym momencie życia. Etap największych problemów (narkotyków, rozpadających się związków i opuszczanych dzieci) Cave ma już za sobą. Może go wspominać, ale jego aktualne życie (przynajmniej to przedstawione w 20 000 dniach na Ziemi) przypomina przesłodzoną laurkę.

Rzeczywistość ukazana w filmie nie próbuje być przekonująca. Wydaje się raczej wizją muzyka o samym sobie. Trochę to romantyczne, trochę surowe – trudno powiedzieć, czy produkcja jest przejawem megalomanii muzyka, próbą wystawienia sobie pomnika za życia, czy może żartem z samego siebie. Z całą pewnością ukazanie Cave’a i jego codzienności jest na tyle płytkie, że nie warto doszukiwać się w nim prawd, o których jego fani już by nie wiedzieli.

Narracja Cave’a opowiadającego o swoim życiu, wygłaszającego prawdy o muzyce i miłości to tylko powtórzenie ubranych w bardziej kwieciste zdania treści znanych z dziesiątków wywiadów. Rozmówcy zostali dobrani wręcz tendencyjnie – Warren Ellis, Blixa Bargeld czy Kylie Minogue przez lata powiedzieli już w temacie Cave’a chyba wszystko, co możliwe.  Żarty są sprawdzone, złośliwości niczym nie szokują. Widz, który na seans trafi z ulicy, może się nie połapać, fan Cave’a zacznie ziewać.

Za reżyserię filmu odpowiada małżeństwo brytyjskich artystów – Iain Forsyth i Jane Pollard. Utytułowany duet do tej pory zajmował się innymi filmowymi formami – teledyskami, filmami krótkometrażowymi czy instalacjami artystycznymi. Z Cavem współpracowali już wcześniej, nagrywając teledyski do kilku singli The Bad Seeds. 20 000 dni na Ziemi to ich pierwsze spotkanie z pełnym metrażem. Chociaż forma jest inna, zamiłowanie do sztuki wizualnej sprawia, że obraz jest piękny, bardzo plastyczny i niezwykle nastrojowy. Sposób pokazania deszczowego Brighton zachwyca, a nawet najdziwaczniej urządzone pomieszczenia nabierają specyficznego klimatu. Zdjęcia to zresztą obok soundtracku największa zaleta 20 000 dni na Ziemi – sprawiają, że trudno oderwać wzrok od ekranu. Wszystko się ze sobą łączy – surowa uroda Cave’a, jego garnitury i wystudiowane pozy, a także nadmorskie klimaty, stary samochód czy maszyna do pisania (tak charakterystyczna dla tego muzyka). Spokój wydaje się tętnić energią, żywiołowość jest przemyślana, a pozorna otwartość więcej kryje, niż ujawnia.

Pomysł na tę produkcję miał być gwarancją artystycznej doskonałości, coś jednak stanęło mu na drodze. Co? Trudno to przyznać, ale najwyraźniej charakter muzyka, który przytłacza budowany z taką pieczołowitością urok 20 000 dni na Ziemi. Z zamierzenia jest to film właśnie o nim, ale czy musi ukazywać Australijczyka dokładnie takim, jakim chciałby być pokazany? Wizerunek Nicka Cave’a od zawsze łączy się z jego twórczością. Wielokrotnie powtarzał przecież, że pisane przez niego utwory są odbiciem jego samego. Piosenki są niepokojące, on sam jest ekscentryczny. Jest artystą przez wielkie „A”.  20 000 dni na Ziemi ma to potwierdzać nawet kosztem własnej wiarygodności – do tego stopnia, że zamiast laurką, staje się w pewnym momencie karykaturą Cave’a, który zaczyna drażnić swoją pretensjonalnością.

20 000 dni na Ziemi to obraz piękny muzycznie i wizualnie. Bije z niego energia i miłość do muzyki. Niestety wydaje się również zbyt wygładzony, przemyślany – jakby był reklamą Cave’a, a nie dokumentem o nim. Być może tą swoją dziwnością wpisuje się w całą twórczość muzyka, ale fani zdecydowanie oczekiwali czegoś więcej. Laicy, którzy do tej pory nie mieli kontaktu z muzyką The Bad Seeds, filmami i powieściami Cave’a czy jego biografią, wizytę w kinie mogą sobie odpuścić. Obraz 20 000 dni na Ziemi jest zbyt poszarpany, by pokazać więcej niż tylko ładne zdjęcia, może za to skutecznie zniechęcić do osoby samego artysty. Na to Nick Cave nie zasługuje, więc zamiast filmu, wybierzcie płytę!


blog comments powered by Disqus