Skserowany pokaz fajerwerków

plakat filmu Skserowany pokaz fajerwerków

Zachwyt nad wschodnioeuropejską superprodukcją Fiodora Bondarczuka, od początku wprawiał mnie w ogromne zdziwienie. Bo owszem, 9 kompania to film zrealizowany z godnym podziwu rozmachem, sprawny warsztatowo i może nawet trafny tematycznie. Jednak pod maską profesjonalizmu produkcyjnego nie kryje się nic, co posiadałoby wartość głębszą. 9 kompania jest niczym więcej jak tylko drogim i widowiskowym pokazem fajerwerków.

Film opowiada nam, opartą na faktach historię żołnierzy Armii Czerwonej, którzy podczas radzieckiej inwazji na Afganistan otrzymali rozkaz obrony Wzgórza 3234. Z początkiem, poznajemy więc kilku bohaterów, oglądamy ich rekrutacje i wojskowe szkolenie. Obserwując dalsze losy naszych kompanów, jedziemy na niepotrzebną wojnę, widzimy cierpienie i bezsensowną śmierć. I tutaj właśnie reżyser nie poradził sobie z konwencją. Oglądając, bliski tematycznie, amerykański obraz Jarhead, najmilej zaskoczony byłem samym pomysł na formalne ujecie. Sukces produkcji Sama Medesa wypływał z uwspółcześnienia tematyki, uzyskanej dzięki pomysłowej formie zdjęciowej i konwencji scenariusza. Wynikiem tego, oglądaliśmy na ekranie kino ciekawe i pouczające. Jak więc się ma do tego 9 kompania?

Bondarczuk nie wnosi na ekran nic nowego, adaptuje jedynie sukcesy amerykańskiego kina wojennego na grunt własnego scenariusza. Co więcej, robi to tak bezczelnie, że w efekcie widzimy na ekranie rosyjską wersje Full Metal Jacket czy właśnie Jarhead. Zresztą do ostatniego z tytułów, wschodnioeuropejska superprodukcja jest tak podobna, że Sam Mendes mógłby mieć poważne pretensje do Bondarczuka. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby praca reżysera stanowiła swoisty cytat filmowy - więcej, mogłoby to stanowić o sile jego dzieła. Niestety, chociaż 9 kompania posiada kilka cytatów ewidentnych (chociażby z Plutona), sporą jej część wypełnia swoiste piractwo pomysłów. Efektem tego jest pusta i mdła historia, wspomagana drogimi scenami batalistycznymi i pięknymi krajobrazami gór Afganistanu, filmowanymi w planach ogólnych.

Oczywiście dzieło rosyjskiego reżysera, w samym założeniu nie miało być jedynie popisem wybuchów i wystrzałów. Jej polityczny wydźwięk, choć przyćmiony licznymi słabościami, niekiedy da się przez widza zauważyć. Problem w tym, że najmocniej widać go w scenach finałowych, w których spora część, bardziej wymagającej widowni albo śpi, albo już z kina wyszła. 9 kompania jest bowiem filmem za długim, lub raczej zbytnio się ciągnącym. Stopniowanie i rozwój akcji nie jest mocną stroną reżysera - wręcz przeciwnie, Bondarczuk momentami zdaje się śpiewać nam miłą kołysankę.

Rosyjska prasa, zachwycona rozmachem produkcyjnym 9 kompanii, porównywała chętnie pracę Fiodora Bondarczuka, bo osiągnięć jego ojca, Siergieja. Zasłyną on w kinematografii radzieckiej lat 50, zupełnie nowatorskim ujęciem II wojny światowej (Los człowieka). Fiodor, nie chcąc mierzyć się bezpośrednio z ojcowskimi osiągnięciami, a tematykę wojny w Czeczenii porzucając z powodów politycznych, zajął się historią dla Rosjan zamkniętą i niejako rozliczoną. Rosyjscy recenzenci, w swoim zachwycie nie zauważyli jednak, że ich chwalące porównania, ujawniają tak naprawdę poważną słabość reżysera - brak indywidualności.

9 kompania uwodzi technikami realizacji i pięknem zdjęć. To oczywiście zaleta filmu - przyciągnie to do kina masy widzów, tak jak przyciąga ich rodzaj swoistego mitu, którym zaczyna się dzieło Bondarczuka owiewać. To jednak nie wszystko. Pełna sala kinowa, na początku seansu, jest bowiem świetnym sukcesem dystrybutora i producenta. Sukces reżysera wyznacza czas żywej reakcji widzów kiedy film się skończy i to czy wszyscy widzowie zostali by zakończenie przemyśleć. No tak, tylko przecież fajerwerki się jedynie ogląda.


blog comments powered by Disqus