"Lekarstwo na życie" - recenzja filmu

Autor: osti

Prawie jak Ciechocinek

Nazwisko Gore'a Verbinskiego na pewno nie padłoby w odpowiedzi na pytanie o mojego ulubionego reżysera. Mimo to, jego filmy praktycznie zawsze robiły na mnie bardzo dobre wrażenie i z autentycznym zaintrygowaniem śledziłem losy najnowszej produkcji autora m.in. Piratów z Karaibów.

Trzon fabuły jest prosty jak... no właśnie – trzon. Członek zarządu wielkiej korporacji zaszywa się w położonym pośród szwajcarskich Alp sanatorium, aby uciec od zgiełku współczesnego świata. W związku z kryzysem w firmie jego pracownik zostaje wysłany na miejsce, aby sprowadzić swojego szefa z powrotem do Nowego Jorku. Cudowne ponoć uzdrowisko skrywa jednak wiele mrocznych tajemnic i zadanie okazuje się znacznie bardziej skomplikowane, niż początkowo się wydawało.

Powiedzieć cokolwiek więcej o fabule Lekarstwa na życie groziłoby spoilerem. Nie jest może ona jakoś bardzo zaskakująca, każdy w miarę domyślny widz już w połowie seansu będzie w stanie połączyć przynajmniej część kropek, przez co na końcu filmu raczej nikt nie zakrzyknie „wow, tego się nie spodziewałem!”. Odkrywanie tajemnic „cudownej” kliniki daje jednak sporo satysfakcji, której nie chcę czytelnikowi zabrać (przy okazji – czynią to niestety zdradzające zbyt wiele zwiastuny...).

Największym problemem z recenzowaniem nowego obrazu Gore'a Verbinskiego jest zaklasyfikowanie produkcji do jakiegoś konkretnego gatunku. Jasne, horror niby pasuje najlepiej, w końcu spora część scen ma na celu wywołać niepokój widza, a momentami atmosfera jest duszna aż do przesady. Jednak siedząc na sali nie czułem lepkich macek strachu wspinających się po kręgosłupie, a po wyjściu z kina nie odniosłem wrażenia, że obejrzałem typowy film grozy. Twórcy wykorzystali w swoim obrazie wiele oklepanych motywów (jak choćby oświetlanie sobie drogi zapalniczką), ale ostatecznie udało im się uniknąć schematów.

Lekarstwo na życie już od pierwszych zapowiedzi było filmem wywołującym bardzo szerokie spektrum emocji. I o nich można opowiadać tutaj naprawdę dużo. W zasadzie żadna scena nie pozostawia widza obojętnym. Dominuje oczywiście niepokój, ale pojawia się także miejsce na beztroskę, zachwyt, a także... obrzydzenie. Dwa-trzy razy naprawdę ucieszyłem się, że odpuściłem sobie kinowe przekąski...

Bezdyskusyjnie najmocniejszym atutem filmu są fenomenalne zdjęcia. Lekarstwo na życie to wizualny majstersztyk, który genialnej oprawie podporządkowuje wszystkie inne elementy układanki. Trochę szkoda, że cierpi na tym tempo akcji oraz fabuła, która w końcówce zdaje się napisana na kolanie – tak jakby twórcom nie starczyło czasu na ostatnie kilka szlifów. Wynagradzają to jednak sceny, które są po prostu piękne i wizjonerskie – nawet jeśli z punktu widzenia historii nie mają większego sensu.

W filmach Verbinskiego często pojawia się motyw przemiany bohatera, co szczególnie widoczne jest w ostatnich produkcjach sygnowanych jego nazwiskiem. Nie inaczej jest tym razem: Lockhart, w którego wcielił się Dane DeHaan, odkrywając mroczne sekrety szwajcarskiej kliniki dowiaduje się coraz więcej o sobie samym. Widz ma też okazję obserwować ewolucję granej przez Mię Goth Hanny, która z dziewczynki zamienia się stopniowo w pełną sekretów kobietę.

Ten nietypowy duet uzupełnia Jason Isaacs, kreujący kierownika ośrodka i kanoniczną wręcz wariację pełnego charyzmy naukowca, który – co oczywiste – jest kimś znacznie więcej niż „tylko prostym lekarzem”. Na ekranie pojawia się jeszcze kilka znanych twarzy – wśród postaci drugoplanowych prym wiodą Ivo Nandi jako kierowca Enrico oraz Celia Imrie w roli jednej z pensjonariuszek sanatorium dla bogaczy. Aktorsko jest więc również bardzo dobrze.

Zdaję sobie sprawę, że Lekarstwo na życie nie przypadnie do gustu każdemu. Lekkie dłużyzny oraz rozczarowujący i przewidywalny finał u wielu widzów pozostawią niesmak, zaś fani horrorów mogą poczuć się oszukani brakiem typowego dla gatunku straszenia. Film jednak wyraźnie wymyka się sprawdzonym wzorcom, a także zachwyca oprawą oraz atmosferą. Potrafi być elegancki i pełen rozmachu, a jednocześnie mroczny i kameralny – wszystkiego w sam raz, tyle ile trzeba. Dałem się porwać wizji reżysera w 100% i dzięki temu wyszedłem z kina bardzo ukontentowany. 

Korekta: Aleksandra Wierzbińska


blog comments powered by Disqus