"Był sobie pies" - recenzja filmu

Pieskie życie

O czym tak właściwie myśli ten futrzak? Konia z rzędem temu, kto ani razu nie zastanawiał się nad tym, przy okazji drapiąc za uchem czworonożnego milusińskiego. Zastanawiają się także filmowcy, i to nie od dziś – wszak temat to wdzięczny, a zysk niemalże pewny. Dzieci lubią pieski. Dorośli lubią pieski. Wszyscy lubią pieski. A pieski? Jeśli wierzyć Lassemu Hallströmowi, pieski lubią schematy.

Każdy zwierzolub chciałby myśleć, że jego pupil nie widzi świata poza swoim człowiekiem, tudzież najbliższym stadkiem człowieków. Jak jest naprawdę – nie dowiemy się raczej nigdy. Rudy retriever o imieniu Bailey, główny bohater filmu Był sobie pies, postara się wcisnąć w ręce zwolenników tej tezy kilka solidnych argumentów. Ale od początku.

Tytułowy pupil trafia w ręce kochającej rodziny, a człowiekiem, do którego przywiązuje się najbardziej, jest kilkuletni Ethan (Bryce Gheisar). Razem przeżywają wzloty i upadki, a psiak staje się milczącym świadkiem dramatycznych wydarzeń i najwierniejszym powiernikiem najskrytszych sekretów. Kiedy więc przychodzi na niego czas, przeżywa to cała rodzina – a najbardziej dorosły już Ethan (K.J. Apa). Na tym jednak nie kończy się droga Baileya. Kilka kolejnych wcieleń i dekad zajmie mu ponowne odnalezienie swojego najukochańszego człowieka (w roli Ethana dojrzałego – Dennis Quaid) i domknięcie niezałatwionych wcześniej spraw. Ot, taki to pieski żywot.

Był sobie pies recenzja

Jaki jest sens życia? Lasse Hallström ubiera to na wskroś filozoficzne pytanie w skórę sympatycznego czworonoga i – podobnie jak w przypadku jednego z wcześniejszych filmów tego reżysera Mój przyjaciel Hachiko – jest to największy atut całego seansu. Widok przeuroczych sierściuchów opatrzony miejscami zabawnym komentarzem rozczuli nawet najtwardszych graczy, jednocześnie odwracając uwagę od oczywistych słabości. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że gdzieś już to widzieliśmy. Był sobie pies wykorzystuje każdy chwyt, każdą kliszę typową dla kina familijnego. To wytwór odtwórczy i przewidywalny, choć na tyle przyzwoity, by bez większego wstydu dołączyć go do niespiesznego niedzielnego obiadu. Spora w tym zasługa Marcina Dorocińskiego, który daje głos z wyczuciem, nieinwazyjnie zapraszając nas do sfery wewnętrznych przeżyć i przemyśleń czworonożnego protagonisty.

Jeśli szukacie bezpiecznego, niewymagającego sposobu na spędzenie popołudnia, mamy zwycięzcę. Umówmy się – nie jest to film, który odmieni wasze życie, co więcej – istnieje spora szansa, że tydzień później nie będziecie już o samym filmie pamiętać. Może on za to wywołać przemożną potrzebę odwiedzenia lokalnego schroniska. Mimo schematyczności i wszechobecnej sztampy wciąż ogląda się go całkiem przyjemnie, a i samo przesłanie, jakie ze sobą niesie, jest wcale niegłupie.

Korekta: Aleksandra Wierzbińska

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus