Recenzja filmu "O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu"

Ten film zachwycił recenzentów New York Timesa, dziennikarzy z WIRED i specjalistów z The Moviemaker Magazine oraz The Hollywood Reporter. Po premierze na festiwalu w Sundance Ana Lily Amirpour – scenarzystka i reżyserka – stała się sensacją „kina zagranicznego”.  Nazwano ją nawet „nowym Tarantino” – chociaż może to wprowadzać w błąd. Reżyserka ma irańskie korzenie, chociaż urodziła się w Anglii, a aktualnie mieszka w Los Angeles. Zadebiutowała kilkoma krótkimi metrażami – także zdobywającymi sporo nagród – a w 2014 roku stworzyła właśnie Dziewczynę, która wraca nocą sama do domu – rozwinięcie nagrodzonego shorta.

Arash, młody, ciężko pracujący chłopak, mieszka w Bad City, gdzieś pośrodku niczego, w cieniu wielkiej elektrowni i szybów naftowych. Przez ojca-narkomana traci samochód, na który pracował dokładnie 2191 dni. Po ulicach miasta krąży wytatuowany diler narkotykowy Saed, podły, sprytny, ale też zadufany w sobie. W filmowym świecie Amirpour jest też prostytutka Atti, starzejąca się i nienawidząca swojej pracy oraz jeżdżący na deskorolce uliczny łobuziak. Między nimi nocą pojawia się ona – bezimienna dziewczyna w czarnej pelerynie (przypominającej burkę). Szybko okazuje się, że samotna, drobna i wyglądająca nieszkodliwie kobieta jest wampirem. Arash spotyka ją odurzony narkotykiem i wydaje się, że podbija jej serce. Jest to o tyle niebezpieczne, że wampiryczny głód wywołują u niej zdrożne myśli ludzi.

Film jest czarno-biały. Bad City, zagubione gdzieś na irańskiej pustyni (zapewne) miasto, jest przerażająco puste, przez cały seans widzimy może garstkę mieszkańców na ulicach. Kreacje bohaterów chwilami posunięte są niemal do absurdu (jak w przypadku Saeda, granego przez Dominica Rainsa). Główny bohater, Arash (w tej roli Arash Marandi, jeszcze niezbyt doświadczony, ale bardzo obiecujący aktor), wygląda jak kopia młodego Jamesa Deana: w białym podkoszulku i skórzanej kurtce, z papierosem w ustach i zawadiackim spojrzeniem spod grzywki wita nas w pierwszej scenie, w której… kradnie kota, po czym odjeżdża swoim wychuchanym, amerykańskim autem. Z kolei Sheila Vand jako bezimienna dziewczyna naprawdę przyciąga wzrok: w każdej scenie ma na sobie tenisówki, koszulkę w paski i dżinsy, najczęściej spod peleryny-burki widać jedynie jej twarz. Wielkie oczy są pełne wyrazu. Odzywa się rzadko i mało, ale atmosfera, którą tworzy, jest niesamowita. Aktorka bez wątpienia wykonała kawał solidnej roboty.

Bad City – nazwa nie bez znaczenia – zdaje się być wariacją motywu miasta-pułapki. Nieliczni bohaterowie, z którymi mamy do czynienia, zdają się nie szukać wyjścia z sytuacji, w których utknęli: przyjmują rzeczywistość bezkrytycznie. Arash jest wyjątkiem, zachowanie ojca prowadzi go do buntu. Spotkanie z tajemniczą dziewczyną odmienia los, który go czekał – najpierw, zamiast złodziejem, zostaje dilerem, a potem czeka go większa niespodzianka. Całość nie unika także zerkania w życia innych mieszkańców, więc Arash da nam czasem odpocząć.

Amirpour korzystała z wielu motywów, które nie są widzom, w żaden sposób obce. Może stąd porównanie jej do Tarantino – wyraźnie recyklinguje popkulturę, robi to jednak z ogromnym wdziękiem, a jej film wywiera na widzach niesamowite wrażenie. To swoisty destylat tego, co najciekawsze w kinie lat 70. i współczesnym. Dodatkowo z idealnie dobraną ścieżką dźwiękową, świetnie zagrany i z oszczędnymi w formie zdjęciami, które potrafią zrobić sporo zamieszania w głowie odbiorcy.

Dziewczyna… została wyświetlona jako „Centerpiece”, czyli niejako główny seans festiwalu Black Bear Filmfest. Wybór, mimo ostrej konkurencji, świetny. Chociaż jeszcze tego samego dnia wyświetlano wstrząsający obraz Biały Bóg, a już dzień później mieliśmy okazję zobaczyć świetną Edukację syberyjską, to i tak ten irański obraz zostaje w pamięci. Nie jest to film dla każdego, wielu widzów, przyzwyczajonych do galopującej akcji i widowiskowych efektów specjalnych, może się zanudzić. Jednak naprawdę warto zaryzykować – ta produkcja ma w sobie coś magicznego i przyciągającego. Definitywnie był to czarny (czarno-biały?) koń tego festiwalu!



blog comments powered by Disqus