"Ciche miejsce" - recenzja filmu

Autor: osti

Silence! I kill you!

W wielu horrorach zdarzają się momenty, kiedy na ekranie oraz sali kinowej zapada pełna napięcia cisza. Bohaterowie i widownia wstrzymują wtedy oddech w nadziei, że dzięki temu uda się uniknąć uzbrojonego w szczęki/macki/lasery (niepotrzebne skreślić) zagrożenia. Wyobraźcie sobie film zbudowany właśnie wokół tego patentu – witamy w Cichym miejscu!

Choć wydawać by się mogło, że horror bazujący na jednym motywie szybko okaże się kolorową wydmuszką lub kolosem na glinianych nogach, który runie, gdy tylko bliżej mu się przypatrzymy, kolejny film wyreżyserowany przez Johna Krasinskiego okazuje się trzymać kupy od początku do niemalże samego końca. Świat przedstawiony w Cichym miejscu utrzymuje nas w ciągłym napięciu poprzez prosty zabieg – każdy dźwięk może okazać się dosłownie zabójczy w skutkach. Efekt wzmocniony jest oczywiście także bardzo solidnym wykonaniem, o czym wspomnę niebawem.

Początkowo horror w reżyserii Johna Krasinskiego, który (po raz kolejny) wciela się także w jednego z głównych bohaterów, miał stanowić następny epizod pod szyldem Cloverfield. Po beznadziejnie głupim Paradoksie serii przydałaby się pewna ręka aktora, scenarzysty i reżysera polsko-irlandzkiego pochodzenia. Mając do dyspozycji żenujące jak na warunki Hollywood 17 milionów dolarów, stworzył zapierające dech w piersiach widowisko, angażujące widza w 100%.

Trudno ocenić, czy przynależność do „rodziny” Cloverfield wpłynęłaby jakoś na fenomenalny wynik artystyczny i finansowy omawianej produkcji. Krasinski razem ze sławną żoną (Emily Blunt), współpracując pierwszy raz ze sobą na planie, dość szybko doszli do wniosku, że ich film będzie inny niż wszystkie, przez co zasługuje na coś więcej niż bycie „kolejną częścią”. Swoją drogą to pasjonujące, jak szybko aktor występujący w amerykańskiej adaptacji brytyjskiego sitcomu wypracował sobie tak silną pozycję w Krainie Snów – a wszystko wskazuje na to, że dopiero się rozkręca.

Nie jestem wielkim fanem horrorów, gdyż moim zdaniem większość z nich łączy durny scenariusz z marnym aktorstwem oraz irytującymi jump scare'ami zamiast klimatu. Ciche miejsce to jeden z tych filmów, które rehabilitują gatunek i udowadniają, że jeszcze nie wszystko w nim zostało opowiedziane. Dlatego losy rodziny Abbotów śledziłem z wielką przyjemnością.

Tym bardziej, że produkcja ma niewiele naprawdę słabych punktów – można przyczepić się do zakończenia czy kilku niezbyt udanych prób nastraszenia widza tanimi sztuczkami. Bardzo pozytywne wrażenie robi natomiast gra aktorska – z oczywistych względów postacie wyrażają emocje jedynie mimiką i gestami, co udaje im się doskonale. Napięcie budowane jest niemalże jak u Hitchcocka, w kilku momentach byłem już wręcz nim zmęczony.

Liczę, że twórcy filmowi znajdą co najmniej 200 000 000 powodów, aby kręcić więcej filmów takich jak Ciche miejsce. Kameralnych, ale nie tandetnych, oszczędnych, ale nie biednych, no i przede wszystkim – przedkładających klimat i historię nad mnóstwo komputerowych stworów wyskakujących z każdego rogu ekranu.

Korekta: Marta Kononienko


blog comments powered by Disqus