Recenzja "Krocząc wśród cieni"

Przepoczwarzenie Liama Neesona w nową gwiazdę oldschoolowej sensacji zapewne wywołało w wielu traumę, z której do dziś ciężko się otrząsnąć. Neeson przetaczał się niczym huragan po filmowych sceneriach w poszukiwaniu zemsty albo sprawiedliwości, łamiąc szczęki, kości i siejąc szeroko pojętą demolkę. Tym, którzy porzucili nadzieję należy się pocieszenie. Krocząc wśród cieni skutecznie ogranicza ilość wybuchowych sekwencji rodem z oddziału geriatrycznego Niezniszczalnych na rzecz intrygi i, ku ogromnej uldze, roli Neesona, która okazuje się zupełnie przyzwoita.

Były policjant NYPD Matthew Scudder przeszedł na emeryturę, by oddać się fachowi prywatnego detektywa bez licencji. Z początku niechętny, borykający się z własnymi problemami, bierze sprawę zaginięcia, a potem morderstwa żony dealera narkotykowego i odkrywa paskudny światek szaleńców, prześladowań i mrocznej strony ludzkiej natury. Film odziedziczył po detektywistycznej powieści, na której został oparty zaprawdę mroczny i pokręcony posmak.

Film bez wątpienia stanowi elegiczną pieśń do starych dobrych lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gdy rządziły brutalne, twarde thrillery chwytające za gardło i pasjonujące swoimi ponurymi intrygami. Krocząc… jest właśnie filmem skrojonym świadomie i celowo na tę modłę, by przywrócić nieco ducha dawnych amerykańskich kryminałów. Pod tym względem film nadaje się o wiele bardziej na ekran telewizora, dodatkowo wystarczy ciepły koc, chłodny wieczór i pragnienie mocnych wrażeń.

Bo wrażenia na pewno są i czają się w niejednej scenie. Na uwagę zasługuje posępny klimat nowojorskich ulic pełnych ogołoconych z liści drzew, szumu jesiennego deszczu i cmentarnych krajobrazów rodem z krainy dreszczowców. Nie ma tu za wiele psychologicznej wnikliwości, wydawałoby się nawet, że postać Neesona jest chłodna, obojętna, co oddala go za bardzo od widza, ale to zmienia się, im dłużej towarzyszymy się mu przy rozwiązywaniu zagadki. Poza tą chroniczną powierzchownością filmu, który jednak nie zalega w pamięci na zbyt długo po obejrzeniu, jest kilka interesujących postaci wartych uwagi jak czarnoskóry TJ opętany żądzą zostania detektywem albo Kenny grany przez Dana Stevensa, który skutecznie zaczyna wyzbywać się łatki grzecznego pana z Downton Abbey. Wizualne oblicze nie zawodzi w dostarczeniu estetycznej przyjemności solidnego kryminału.

W porównaniu ze swoimi poprzednimi rolami postać Neesona jest niczym mnich, dopuszczając się kilku aktów przemocy dopiero w finale, jak oczywiście przystało na ten gatunek. Aktor porzuca swoje popisowe warczenie na rzecz dobrej roli i za to należy mu się pochwała, kreując tym samym wiarygodnego głównego bohatera, który jest w stanie poprowadzić całą historię.

Film zaczyna „kuleć”, gdy niepotrzebnie rozciąga się na końcu. Od połowy można dostrzec spadek formy, sama końcówka wydaje się przeć do przodu na samych oparach pierwszej połowy, a finał mógłby zostać okrojony dla lepszego, mocniejszego efektu. Zasada „krócej, znaczy lepiej” zdecydowanie obowiązuje. Ważne za to, że bez zbędnych psychologicznych głębi, twórcy zabierają się do roboty i rzucają widza w wir intryg i zagadki, które okazują się na tyle intrygujące, by utrzymać uwagę, napięcie i klimat.

Wspomniane wady mogą razić w mniejszym lub większym stopniu, ale cóż z tego, jeśli ogląda się sztampową rozrywkę dla twardzieli, która z reguły zawsze jest wadliwa. Poza tym, ulga spowodowana dobra rolą Liama Neesona pozwala wybaczyć wiele potknięć.


blog comments powered by Disqus