Neil wszechmogący - recenzja komedii "Czego dusza zapragnie"

Monthy Python kojarzy się widzom na całym świecie z rozrywką inteligentną i absurdalną, drwiącą z nie mniej absurdalnej rzeczywistości. Skecze z kultowego Latającego Cyrku... są aktualne po dziś dzień i nie raz inspirują scenarzystów. Jednym z założycieli tej kultowej grupy był Terry Jones, który często, do spółki z Gilliamem reżyserował ich pełnometrażowe scenariusze. Efekty ich pracy znają wszyscy, wystarczy wymienić choćby Sens życia wg Monthy Pythona czy Żywot Briana. Stąd rekomendacja zdaje się być oczywista. Jednak nie do końca. Simon Pegg oraz nieżyjący już Robin Williams, dubbingujący sympatycznego psa Dennisa robią, co mogą, by uczynić Czego dusza zapragnie filmem, który jest wart spełnienia zapisanego w tytule.

Jeśli widzieliście już Bruce'a Wszechmogącego to Czego dusza zapragnie może wydać się filmem nieco wtórnym, aczkolwiek to tylko pozory, bowiem jedynym łącznikiem obu obrazów jest fakt posiadania przez bohaterów nieziemskiej mocy sprawczej. O ile Jim Carrey wywindował na szczyt kariery dziennikarskiej przy pomocy boskiego palca (Morgan Freeman), o tyle Neil (Simon Pegg), jako życiowy nieudacznik i niespełniony marzyciel, dostał moc czynienia niemożliwego w następstwie zakładu między czwórką snobistycznych kosmitów (dubbingowanych przez kwartet członków grupy Monthy  Pythona). Jeśli okaże się, że Neil wykorzysta daną mu moc wyłącznie w egoistycznym celu, Ziemia zostanie zniszczona. Oczywiście, nie zabrakło miejsca na wątek romantyczny jakim jest mięta Neila do urokliwej sąsiadki w osobie Katherine (Kate Beckinsale), która to z kolei musi odpychać amory creepy Granta (Rob Riggle).

Największym plusem filmu jest wszechobecna ironia. Wszelkie życzenia jakie Neil może spełnić (dosłownie) jednym machnięciem ręki, materializują się w sposób tak dosłowny, że nieprzewidziany w skutkach: kiedy Neil chce ożywić wszystkich, którzy umarli, nie zaznacza, że chodzi o konkretne tragiczne wydarzenie i w efekcie wszystkie cmentarze ożywają. Pomieszanie z poplątaniem jednak rządzi w najlepsze, bo ożywieni ludzie zachowują się jak klasyczne zombie, a nie jak ktoś zaskoczony nagłym powrotem z martwych. Ten gag jest równie makabryczny i absurdalny, co zabawny, ale nie brakuje też tych inteligentnych, jak chociażby marzenie o tym, żeby kraje nie znajdywały powodów do wojen. W efekcie kraje wszczynają wojny… bez powodu.

Fabuła jest więc wystarczająco absurdalna, a całość zachowuje powierzchowną moralność – brytyjskie poczucie humoru jest na wskroś inteligentne i obleśne zarazem. Obserwujemy więc paradę gagów, które w swoim wachlarzu mogą rozśmieszyć praktycznie każdego, kto potrafi bawić się ironią i zarazem nie oczekuje dowcipu wysokich lotów. Bo Czego dusza zapragnie jest na poziomie koncepcji pomysłem świetnym, lecz, niestety, im bliżej końca, tym bardziej topi się w schematycznych rozwiązaniach i kliszach, których nie powstydziłaby się typowa amerykańska komedia. Trudno to przyjąć do wiadomości, zważywszy że za kamerą stoi współzałożyciel Monthy Pythona. Tym samym historia zamyka się w mało odkrywczym podsumowaniu, ale jeśli spojrzeć na Czego dusza zapragnie obiektywnymokiem, film okazuje się sympatyczną rozrywką, w której partycypowanie dostarczy sporo śmiechu i zostawi widza w dobrym humorze.

Nie można nie wspomnieć o Robinie Williamsie, którego na ekranie nie zobaczymy (aczkolwiek nie do końca), ale usłyszymy. Dubbinguje on sympatycznego psa Dennisa. Zwierzak obdarzony głosem kradnie film dzięki świetnym kwestiom dialogowym i płynącej z nich ujmującej szczerości.

Czego dusza zapragnie to w pewnym sensie ateistyczna wersja Bruce'a Wszechmogącego i choć jeden  z najlepszych i najbardziej zwariowanych motywów uderza akurat w przeciwne niż wcześniej rejony, to kpina, wbrew pozorom, trafia w ludzki gatunek. Ostatecznie Terry Jones stworzył lekką i sympatyczną komedię, która w porównaniu do poprzednich jego dzieł raczej nie wywoła zachwytu, ale też nie okaże się kompletnym rozczarowaniem. Warto wybrać się do kina dla czystej rozrywki i po prostu dobrze się bawić. 

Korekta: Anna Emerald


blog comments powered by Disqus