Recenzja filmu "Alter Egos"

Clark Kent, Bruce Wayne, Peter Parker czy James Howlett znany jako Logan – wszyscy oni mają swoje superbohaterskie alter ego. Znamy je dobrze, ale to częściej właśnie prywatne oblicze herosów skrywa tajemnice ich osobowości, tego, kim są lub kim się stali. No i nie od dziś wiadomo, że z podwójną tożsamością wiąże się masa kłopotów. Czasem więc komuś wyda się, że łatwo i szybko sklecić z tego fajny film. A to nie takie proste.

Ot, wbić gości w zabawne kostiumiki z literą od imienia na piersi, obdarzyć jakąś tam, ograniczoną mocą i rzucić między nich garść standardowych problemów. I już? Niestety nie. Takie pójście na łatwiznę, zdradza, że twórcy mentalnie pozostali wiele eonów w tyle. Ta przypadłość dotknęła poważnie Jordana Gallanda scenarzystę i reżysera Alter Egos, pracującego pod skrzydłami Kevina Smitha (czemu to nie dziwi?!).

Niskobudżetowa produkcja Gallanda opiera się na superbohaterskich motywach-dylematach, znanych z klasycznych serii: trójkąt ona-on-bohater (Superman), zemsta za zabójstwo rodziców (Batman), finansowanie Supercorps z budżetu (X-Men). Ma to być komedia, i faktycznie, bywa zabawnie, ale tylko chwilami. Częściej zwyczajnie wieje nudą.

Świat przywykł do kolesi w trykotach, czego przejawem jest to, że jeżdżą podmiejskimi kolejkami i nie maja nawet samochodu (!). Pozbyli się już wszystkich złoczyńców, więc powoli sami staja się niepotrzebni. Państwo odmawia im kasy, ludzie coraz częściej opluwają na ulicach… Oni jednak pozostają wierni swej misji. Tylko na czym ona obecnie polega?

Niejaki Fridge (Lodówka; od Refridgerator, czyli Zamrażarka – co uszło uwagi tłumacza…) w cywilu jest trochę nieporadnym Brandonem. Ksywę też ma nietęgą, bo mrożenie to cecha dość powszechna u superbohaterów, stąd wszystkie fajne zostały już zajęte. Do tego Brandon ma poważny problem z dziewczyną, która zdradza go z… jego super alter ego.

Fridge pracuje na etacie amerykańskiego rządu i w ramach kolejnej misji ma dostarczyć do wiezienia szczególnie niebezpiecznego superzłoczyńcę zwanego Psychiatrą. Ten póki co przebywa pod opieką innego herosa, C-Trhu, w podmiejskim, opustoszałym ośrodku wypoczynkowym. Tam w bardzo kameralnym supergronie (jest tu złoczyńca, karierowicz, niedojda, superbohater ukrywający się i niespełniony) rozegra się akcja osnuta na podstępnym spisku. A do tego Brandon odkryje prawdziwą miłość…

Aktorzy grają jak manekiny. Efekty specjalne są strasznie sztuczne. Scenografia, zdjęcia, po prostu wszystko nosi na sobie ciężkie znamię kina klasy C. Zapewne umyślnie, a nie tylko z powodu niskiego budżetu. To elementy mające podkreślić prześmiewczy charakter obrazu Gallanda. Tyle, że nie za bardzo wyszło.

Co gorsza, to wszystko już było. Dialogi o ukazanych tu "problemach" superbohaterów pojawiały się niezliczoną ilość razy w znacznie ciekawszych kontekstach. Może dla kogoś z dużym dystansem, kto nadto nie orientuje się w roztrząsanych od blisko stu lat superheroicznych dylematach, to takie ich studium w pigułce? Może, bo w zasadzie w takiej postaci trudno się nimi przejąć.

Z całego filmu najmocniej trzyma się ścieżka muzyczna z przyjemnymi kompozycjami Seana Lennona (tak, syna Johna). Prywatnie jest on kumplem Gallanda, więc pewnie dlatego zdecydował się tu pojawić. No i może na koniec jeszcze ciekawostka, jaką wyjawia C-Thru. Wiecie kto też dysponuje supermocą? Sam Salman Rushdie! Uch…



blog comments powered by Disqus