Recenzja filmu "AmbaSSada"

Autor: Hagath

Juliusz Machulski słynie z ciętego i trafnego sposobu żartowania. Wydawać by się mogło, że po tylu latach kariery w końcu musi nadejść ten słabszy moment. Nic z tego. Twórca tak niesamowitych filmów jak Seksmisja, Killer, Vinci czy Kołysanka nadal jest w formie i wykorzystując komediowy warsztat, zmusza widza do przemyśleń. Tym razem na temat II Wojny Światowej oraz jej ogromnych skutków dla historii świata, a w szczególności Polski.

Mela (Magdalena Grąziowska) i Przemek (Bartosz Porczyk) mają przez pewien czas zająć się mieszkaniem wuja w Warszawie. Budynek znajduje się na ulicy Pięknej 17, dawnej Piusa, gdzie przed wojną znajdowała się niemiecka ambasada. Wkrótce para odkrywa, że to miejsce skrywa wielką tajemnicę – zjazd windą na odpowiednie piętro umożliwia przeniesienie się w czasie do okresu tuż przed wybuchem II Wojny Światowej.

Film pełen jest świetnych żartów i gagów. Twórcy Ambassady podeszli z wielkim dystansem do historii, wyśmiewając nazizm na wszystkie możliwe sposoby. I dobrze, bo Polakom przyda się trochę luźniejszego podejścia do tej tematyki. Należy przy tym podkreślić, że nikt tu nie ociepla niczyjego wizerunku - nie ulega wątpliwości, że Hitler jest zły, a zabicie go albo chociaż skuteczne groźby mogą zapobiec wojnie. W filmie pełno jest scen, które do rozśmieszania widza wykorzystują najbardziej charakterystyczne zachowania nazistów – a to komuś ręka się w coś zaplącze, kiedy chce krzyknąć „Heil Hitler”, a to ktoś kwieciste mowy z dosadną gestykulacją Führera nazwie pajacowaniem. Do tego w Ambassadzie łatwo zauważyć wiele zabawnych nawiązań i trików niczym z filmu Tarantino – w jednej ze scen można zobaczyć samego Machulskiego, inna jest uzupełniona puszczonym w tle najsłynniejszym chyba fragmentem jednego z wcześniejszych filmów reżysera, Kołysanki.

Aktorstwo stoi tutaj na bardzo wysokim poziomie. Świetnie poradziła sobie Magdalena Grąziowska w roli Meli, która swoją zwariowaną osobowością budzi w widzu sympatię już od pierwszych scen. Jej filmowy partner, Bartosz Porczyk, stanowi ciekawe uzupełnienie, choć aktor miał nieco trudniejsze zadanie, wcielając się w aż dwóch bohaterów – wspomnianego Przemka oraz jego pradziadka. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że najbardziej ze wszystkich wyróżnia się Robert Więckiewicz. To niesamowite, jak ten aktor unika zaszufladkowania. Ledwie zagrał Lecha Wałęsę, a jeszcze w tym samym miesiącu pojawia się w polskich kinach w roli Adolfa Hitlera. Co dość zaskakujące, całość głównej obsady bardzo dobrze uzupełnia Adam "Nergal" Darski, który zagrał lepiej od niejednej „gwiazdy” wepchniętej do filmu fabularnego ze względu na swoją popularność. Decyzja reżysera o zatrudnieniu kontrowersyjnego muzyka okazała się strzałem w dziesiątkę - Machulski prowokuje i pokazuje swój niezwykły dystans do świata. W końcu kto by kilka lat temu pomyślał, że taki „satanista” będzie grał u jednego z najlepszych polskich twórców. Nie raz zresztą, oglądając film, można mieć wrażenie, że jest to proste nawoływanie „Polacy! Wyluzujcie!”.

Większość zabawnych scen została podkreślona rewelacyjną muzyką Bartosza Chajdeckiego, który jest dość młodym artystą, ale niewątpliwie o bardzo dużym potencjale. Każda nuta idealnie zaznacza absurd danej sytuacji. Ogromne brawa należą się również za bardzo wiarygodną charakteryzację bohaterów oraz dopracowanie filmu pod względem językowym – zachowano pełen profesjonalizm w tłumaczeniu niemieckich kwestii.

W Ambassadzie trudno doszukać się jakichkolwiek minusów. Fani Machulskiego na pewno będą zadowoleni. Jedyną wadą filmu są chyba tylko strasznie sztuczne i nieprofesjonalne efekty specjalne. Na szczęście scen, które ich wymagały, jest niewiele, więc nie wpływa to w żadnym stopniu na radość z oglądania komedii.

Ambassada potwierdza niesamowity kunszt Juliusza Machulskiego. Dodatkowo można ją uznać za jeden z najlepszych polskich filmów tego roku, szczególnie, że kina ostatnio zdominowały dramaty (W imię…, Chce się żyć, niedługo Mój Biegun). Film zachęca widzów do zdystansowania się, niebrania wszystkiego na poważnie, wspomnianego już wcześniej wyluzowania. Jednocześnie zakończenie historii zmusza do przemyśleń, ukazując, jak wielki wpływ na losy świata miał rok 1939 oraz stawia pytanie, co by było, gdyby wojna nie wybuchła. Dobrym chwytem jest umieszczenie na końcu filmu popularnego w sieci Snu o Warszawie wykonanego przez najważniejszych członków obsady. Daje to chwilę na kontemplację tego, co się przed chwilą zobaczyło. I to czyni Ambassadę jeszcze bardziej wyjątkową.


blog comments powered by Disqus