"American Assassin" - recenzja filmu

Amerykański zabójca


Duch lat 80. wciąż unosi się nad Hollywood. Tym razem powrócił za sprawą ekranizacji powieści Vince’a Flynna – 15-częściowej już serii o perypetiach wybitnie uzdolnionego agenta operacyjnego Mitcha Rappa, który pragnie pomścić śmierć swojej dziewczyny zabitej przez komórkę terrorystyczną.


Motywem przewodnim American Assassin jest zemsta. Michael Cuesta, reżyser odpowiedzialny między innymi za reżyserię serialu Dexter, zaczyna historię mocnym akcentem. Zaraz po tym jak Rapp (Dylan O’Brien) oświadcza się dziewczynie na plaży, terroryści przypuszczają krwawy atak, w którym ginie przyszła żona bohatera. Żądny zemsty Rapp postanawia rozpracować i zlikwidować szajkę terrorystów na własną rękę, a CIA stara się mu wyperswadować propozycję współpracy – wysyłają go na trening do weterana zimnej wojny Stana Hurleya (Michael Keaton). Wkrótce potem Rapp weźmie udział w operacji mającej na celu powstrzymanie tureckiego agenta, którego celem jest wywołanie wojny na Bliskim Wschodzie. Jest to również okazja do przeprowadzenia osobistej wendetty.


Fabuła American Assassin przypomina formułą typową telewizyjną produkcję, których dziesiątki wypełniają ramówki czwartkowych wieczorów. Wydawać się więc może, że jedynym powodem, dla którego ta produkcja trafiła do kina jest nazwisko Michaela Keatona. Jego obecność w filmie, na tle ostatnich artystycznych dokonań aktora, jest zaskakująco zbędna.


Najczęściej komentowany pod adresem zwiastuna był Dylan O’Brien – młody i utalentowany aktor znany z Teen Wolfa oraz Więźnia Labiryntu. Choć jego rola do przełomowych nie należy, to charyzma i urok, które wniósł na plan, są pewnym „odkupieniem” wad produkcji, co sprawia, że seans jest bezbolesny i przymyka się oko na pewne minusy. W dodatku akcja pędzi do przodu albo za sprawą kolejnej strzelaniny, albo dzięki szybkiej wymianie słów, które słyszeliśmy w kinie sensacyjno-szpiegowskim klasy B już dziesiątki razy.


Choć film stara się być poważny, trudno nie dostrzec faktu, że za dokonaniami nieposkromionego i wiecznie łamiącymi rozkazy Robba stoi tutaj cała elita CIA. Chłopak pomimo młodego wieku jest zabójczo skuteczny, ale chyba tylko talent O’Briena sprawia, że umownie wierzymy w potencjał jego postaci.


Czy można było wymyślić bardziej generyczny tytuł, niż American Assassin? Chyba nie. To kino klasy B, pełne klisz i skrótów typowych dla gatunku kina sensacyjno-szpiegowskiego. To ten typ filmu, w którym domyślamy się większości zdarzeń, zanim zostanie to jasno i wyraźnie wytłumaczone. Jakimś sposobem jednak da się wysiedzieć w fotelu do końca, a efektowny i bombastyczny finał można potraktować jako wisienkę na torcie, która smakowała lepiej niż sam tort.

Korekta: Dagmara Trembicka-Brzozowska


blog comments powered by Disqus