Recenzja "American Horror Story: Asylum"

Autor: Hagath

Twórcy American Horror Story, Ryan Murphy i Brad Falchuk, wiedzą, że jednej historii nie można ciągnąć w nieskończoność. Czemu bowiem nie pójść śladami takich reżyserów jak Tim Burton, tworzących nietuzinkowe produkcje o różnej tematyce, lecz ze sprawdzoną obsadą? Po co ciągnąć jeden wątek, skoro można stworzyć kilka niezwykłych historii? To podejście zapewniło serii American Horror Story sukces już od samego początku. Każdy sezon ma opowiadać o czymś zupełnie innym, choć wszystkie odcinki są utrzymane w konwencji horroru. Poprzednio Ryan Murphy oraz Brad Falchuk pokazali nam nawiedzony dom, a tym razem zabrali nas do szpitala psychiatrycznego.

Akcja serialu toczy się głównie w latach 60-tych poprzedniego stulecia. Briarcliff to szpital psychiatryczny prowadzony przez Kościół. Trafiają do niego nie tylko zwykli chorzy psychicznie ludzie, ale również niebezpieczni przestępcy, których sądy uznały za niepoczytalnych. Instytucję widzimy po raz pierwszy, gdy trafia tam chłopak oskarżony o okrutne zabijanie kobiet. Media szybko nadały mu miano Bloody Face, ponieważ szaleniec nosił w trakcie morderstw maskę z ludzkiej skóry.

Największą zaletą serialu jest niewątpliwie wspaniała obsada. Fani serialu zobaczą w Asylum sporo znanych twarzy, ale i te nowe na pewno ich nie zawiodą. Oczywiście symbolem serialu jest już od dawna zdobywczyni Złotego Globu za rolę w poprzednim sezonie – Jessica Lange. Tym razem wciela się ona w siostrę Jude, która prowadzi Briarcliff. Jest to kobieta niezwykle wytrzymała psychicznie, twarda i zdecydowana. Wokół niej roztacza się niezwykła, pełna autorytetu aura. Szybko jednak widzowie mogą się zorientować, że siostra Jude skrywa wiele tajemnic, a także ma przeszłość, o którą byśmy nie podejrzewali tak skrajnie religijnej osoby. Jessica Lange świetnie ukazuje wielowymiarowość bohaterki sprawiając, że widz z niecierpliwością oczekuje poznania dalszych losów siostry Jude.

Jednak w tym sezonie Jessica Lange miała sporą konkurencję. Na pierwszy plan bowiem często wychodziła Lily Rabe. W poprzednim sezonie grała ona Norę Montgomery, lecz tamta postać aż tak nie zapadła widzom w pamięć. W Asylum aktorka pokazała jednak, na co ją stać wcielając się w rolę siostry Mary Eunice. Początkowo widzimy w niej tylko głupiutką, naiwną blondyneczkę, która przychodzi na każde zawołanie siostry Jude lub doktora Ardena. Jednakże, pewne okoliczności zmieniają ją. Traf chce, że biedna siostra zostaje opętana przez diabła. Od tego momentu aktorka często kradnie całe sceny, dzięki świetnemu odegraniu całej bezwzględności i zła, jakie znajduje się w młodej zakonnicy.

Z pośród starej obsady wyróżniają się również Sarah Paulson, Zachary Quinto oraz Evan Peters. Quinto pokazał swoje aktorskie talenty już nie raz, by wymienić tylko poprzedni sezon AHS, serial Heroes czy filmy Chciwość i Star Trek. Teraz po prostu nie schodził poniżej pewnego poziomu. Podobnie jest z Evanem Petersem, który w poprzednim sezonie rozkochał w sobie widownię rolą niezrównoważonego Tate’a. Na większą uwagę zasługuje jednak Sarah Paulson, która rok temu grała medium. Tym razem wciela się ona w rolę ambitnej dziennikarki Lany Winters chcącej napisać artykuł o szpitalu psychiatrycznym. Niestety, w drogę wchodzi jej siostra Jude zamykając naszą bohaterkę pod pretekstem konieczności leczenia homoseksualizmu. Żeby tego było mało, wkrótce Lana Winters poznaje prawdziwe oblicze Bloody Face’a. Trzeba przyznać, że Sarah Paulson to naprawdę zdolna aktorka z ogromnym potencjałem. Twórcy popełniliby ogromny błąd, gdyby nie dali jej szansy również w trzecim sezonie AHS.

W późniejszych odcinkach pojawia się jeszcze dwoje innych aktorów znanych fanom serialu. Frances Conroy, stara pokojówka z poprzedniego sezonu, ponownie otrzymała szansę wcielenia się w niezwykle intrygująca postać. Jest nią Anioł Śmierci. Dzięki Conroy siódmy odcinek AHS: Asylum spokojnie można zaliczyć do najlepszych w całej serii. Ciekawy zabieg twórcy zastosowali również w przypadku Dylana McDermotta, puszczając tym samym oczko do widzów. Poprzednio aktor wcielał się w psychiatrę, tym razem w osobę, której naprawdę przydałby się taki lekarz. I trzeba przyznać, że w tej roli sprawdza się o wiele lepiej. Wreszcie nie gra tatusia z problemami, tylko postać o naprawdę skomplikowanej przeszłości oraz charakterze. Oby więcej takich ról.

W serialu pojawiły się również nowe twarze. Świetnie swoją postać odegrał James Cromwell. Wcielił się on w bezlitosnego lekarza przeprowadzającego chore eksperymenty na pacjentach Briarcliff. Jego postać była naprawdę wyśmienicie rozpisana i zapewne niejeden raz przyprawiła widzów o gęsią skórkę na ciele. Z nowych członków obsady dobrze prezentuje się również Lizzie Brocheré grająca Grace – jedną z pacjentek. Serial pokazał, że jest to aktorka o dużym potencjale, która potrafi odegrać cały wachlarz emocji, a jednocześnie wzbudzić pozytywne odczucia w widzach, mimo tego, że w szpitalu znalazła się za sprawą zabójstwa swoich najbliższych. Na koniec kilka słów należy się Naomi Grossman, która wcielała się w rolę Pepper. Postać ta powinna być dla każdego odrzucająca, choćby za sprawą jej niecodziennego wyglądu, lecz w pewnym momencie tej bohaterki po prostu nie da się nie polubić.

Co jest niezwykłe w AHS: Asylum, to fakt, iż twórcy umieścili w serialu całą gamę wątków z różnych dziedzin horroru, a mimo to serial ogląda się naprawdę dobrze. Chyba tylko Ryan Murphy i Brad Falchuk mogli sprawić, że w jednej produkcji znaleźli się chorzy psychicznie, przedstawiciele Kościoła, demony, naziści, seryjni mordercy, anioły śmierci i obcy, przy czym wszystkie te wątki świetnie współgrały ze sobą, mimo swej różnorodności. Jedyne zastrzeżenia można mieć chyba do obcych. Twórcy pewnie inspirowali się tym, że w latach 60-tych powstało wiele spiskowych teorii na temat życia w kosmosie (pogłosie Strefy 51). I owszem, sam pomysł był nawet ciekawy, ale ten wątek najmniej pasuje do klimatu horroru. Kiedy z jednej strony prezentowane są siły nadprzyrodzone, a z drugiej zielone ludziki, to cała konwencja w pewnym momencie zaczyna się sypać. Serial spokojnie obroniłby się bez elementów s.f.

Jak zostało wcześniej powiedziane, odcinek siódmy zachwyca niezwykłym klimatem oraz grą aktorską. Na uznanie zasługują jednak również inne elementy serialu. Twórców należy pochwalić przede wszystkim za dwa pierwsze odcinki, które wprowadzają widza w historię. Praktycznie przez cały czas trzymają one w napięciu i niewątpliwie zawierają najwięcej elementów grozy w całym sezonie. Wielka brawa należą się również za odcinek ósmy, będący odcinkiem świątecznym. Cóż, takiego bożonarodzeniowego nastroju jak w AHS widzowie nie znajdą w żadnej innej produkcji. Świętego Mikołaja podobnego do tego, którego niesamowicie zagrał Ian McShane, też ze świecą szukać.

W serialu uwagę widza przykuwa również muzyka. Oprócz znanego, psychodelicznego motywu z intra, twórcy zaprezentowali widzom dwa, niezwykle wpadające w ucho nagrania. Mowa o Dominique oraz Name Game. Pierwsze z nich możemy usłyszeć w kilku początkowych odcinkach. Pogodna, francuska piosenka bardzo kontrastuje z okrutnym i zimnym obliczem szpitala psychiatrycznego. Drugi utwór to z kolei najbardziej niespodziewany element całego sezonu. Chyba żadne morderstwo czy straszna scena nie zaskoczyły widzów tak mocno jak Name Game tworzące musicalowe uzupełnienie dziesiątego odcinka. To niezwykłe, jak twórcy za pomocą pogodnych dźwięków są w stanie podkreślić tragedię bohaterów.

Problem z tym serialem jest jednak taki, że spokojnie mógłby się skończyć na dziesiątym odcinku. I choć tacy świetni aktorzy, jak chociażby Jessica Lange, Evan Peters czy Sarah Paulson, brali udział w kilku wzruszających bądź trzymających w napięciu scenach, to właśnie od dziesiątego odcinka widać, kto tak naprawdę zapewniał wysoki poziom serialu. Byli to Lily Rabe oraz James Cromwell. Kiedy ich zabrakło, cały klimat, napięcie czy niespodziewane zwroty akcji praktycznie zniknęły. Jedenasty i dwunasty odcinek spokojnie można było sobie darować, nie licząc kilku scen z Sarah Paulson oraz Zacharym Quinto. Na szczęście finał był ciekawym zamknięciem całej historii, choć na pewno nie dorówna ostatnim scenom sezonu pierwszego.

American Horror Story to niewątpliwie jedna z najlepszych telewizyjnych produkcji ostatnich lat. Asylum tylko to potwierdziło. Świetna obsada, niesamowity scenariusz oraz niezwykły klimat zapewniają prawdziwe widowisko. Ogromną zaletą serialu jest to, iż twórcy z pozornie mało oryginalnych pomysłów (przecież opętanie czy szalone eksperymenty pojawiają się w co drugim horrorze) tworzą prawdziwe dzieło sztuki. Owszem, chwilami gubią się w ilości wątków, czasem czegoś nie dopracują, ale mimo wszystko zasługują na prawdziwe uznanie w dziedzinie horroru.


blog comments powered by Disqus