Recenzja filmu "American Hustle"

Autor: Pityez

Pamiętacie Wilka z Wall Street? Oglądaliście Blue Jasmine albo Iluzję? Kino sprawia, że zaczynamy doceniać, gdy ktoś z nami pogrywa, zaczynamy kochać oszustów – premiery 2013 i początku 2014 roku tylko to potwierdzają. American Hustle jest jeszcze bardziej przewrotny – jego najsympatyczniejszym bohaterem okazuje się skorumpowany polityk, oszust finansowy jest prawdziwym romantykiem, a działania mafii wydają się słuszniejsze niż akcje FBI.

Irving Rosenfeld (Christian Bale) i Sydney Posser (Amy Adams) poznają się na imprezie i już wkrótce wdają się w romans. Łączy ich miłość do Duke’a Ellingtona, próba ucieczki od swojej przeszłości oraz dążenie do wielkości. Razem są najskuteczniejsi – posługując się brytyjską twarzą Sydney vel. lady Edith, wyłudzają pieniądze od desperatów starających się o kredyt. Niestety nic nie trwa wiecznie. Do ich interesów miesza się FBI w osobie nadgorliwego i ambitnego Richiego DiMaso (Bradley Cooper). Bohaterowie muszą wybierać – albo pójdą za kratki, albo podejmą ryzykowną współpracę, wydając większych oszustów. Na celownik trafia skorumpowany burmistrz Carmine Polito (Jeremy Renner), który za wszelką cenę chce poprawić warunki życia swoich wyborców. Problemy pojawiają się, gdy Polito zostaje przyjacielem Irvinga, do akcji włącza się słynny mafioso (Robert De Niro), a do roli arabskiego szejka zostaje zaangażowany Meksykanin. W międzyczasie Richie i Sydney nawiązują niedwuznaczną relację, a niezrównoważona, nieopanowana żona Irvinga, Rosalyn (Jennifer Lawrence) dowiaduje się więcej niż powinna i znajduje niebezpiecznego kochanka.

Już na początku zostajemy ostrzeżeni – niektóre z przedstawionych wydarzeń miały miejsce w rzeczywistości. Tak – tylko niektóre. American Hustle jest fabularyzowaną wersją akcji ABSCAM przeprowadzonej przez FBI pod koniec lat 70-tych. Część faktów się zgadza – w akcji z fałszywym arabskim szejkiem uczestniczy ujęty oszust niższego szczebla, który zastawia pułapki na grubsze ryby. Głównym celem jest skorumpowany burmistrz, a w kręgu zainteresowania znajdują się też kongresmeni, senatorzy i lokalni urzędnicy. Eric Singer i David O. Russell rozwinęli tylko „drobiazgi” – pseudo-Brytyjkę, niezrównoważoną żonę, mafię oraz kilka zazębiających się trójkątów miłosnych (Richie-Sydney-Irving, Sydney-Irving-Rosalyn, Irving-Rosalyn-Pete).

To właśnie te rozbudowane szczegóły stanowią o sile American Hustle, w którym bardziej liczą się relacje między bohaterami niż sama, czasami zbyt poplątana, fabuła. Skomplikowane stosunki małżeńskie, pozamałżeńskie i przyjacielskie momentami robią też z dramatu komedię. Rosalyn regularnie wywołuje pożary, ale należy jej za to dziękować, bo przecież broni przed czymś swoją rodzinę. Szef Richiego każdą rozmowę kończy opowieścią o łowieniu ryb, a sam Richie co wieczór siada do obiadu w papilotach. Sydney tak często udaje lady Edith, że trudno jej się pozbyć brytyjskiego akcentu, Irving ma za to obsesję na punkcie swoich włosów.

Największe wrażenie robi chyba pierwsza scena filmu, w której właśnie Rosenfeld przygotowuje swoją fryzurę. Tupecik jest zbyt oczywisty, więc bohater wykorzystuje swoje wypadające włosy – klei, tapiruje, zaczesuje, lakieruje, znowu klei. Jaki jest efekt? Komiczny i nieprzekonywujący – klasyczne „zaczeski” to drobnostka przy tym monstrum. Chcecie mieć cały obraz Irvinga? Dodajcie delikatną nadwagę (Bale do tej roli przytył 18 kilogramów), dziwaczne stroje (w końcu mamy lata 70-te), kilogramy złotej biżuterii oraz czarne okulary. Wyobrażacie sobie? Tyle, że liczy się nie tylko wygląd. Irving to artysta, znawca kradzionych i fałszywych dzieł sztuki, romantyk w kontaktach z kochanką i czuły ojciec dla przybranego syna. Irving jest chyba najciekawszą postacią, a to zasługa główne Christiana Bale’a, który w American Hustle prezentuje najwyższą formę i, chociaż nie ma szans na Oscara, zasługuje na powszechne uznanie.

Trzeba przyznać, że cała obsada najnowszego filmu Davida O. Russella została dobrana ze szczególną dokładnością. Wszyscy najważniejsi aktorzy pracowali już z reżyserem, a ich współpraca kończyła się statuetką lub nominacją do nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej. Christian Bale (statuetka) i Amy Adams (nominacja) wystąpili w obrazie Fighter z 2010 roku, a Jennifer Lawrence (statuetka), Bradley Cooper i Robert De Niro (nominacje) wcielili się w bohaterów zeszłorocznego Poradnika pozytywnego myślenia. W American Hustle nikt nie zawodzi – są tylko występy dobre i rewelacyjne (chociaż do tej pierwszej kategorii można zaliczyć chyba tylko Bradleya Coopera). Amy Adams udowadnia, że w pełni zasługuje na już piątą (!) nominację do Oscara, Jennifer Lawrence nieziemsko seksownym i charyzmatycznym popisem potwierdza swoją pozycję w branży, a niewymieniony wcześniej Jeremy Renner w roli burmistrza zgarnia większość sympatii widzów.

Akcja American Hustle ma miejsce w latach 70-tych, na ekranie mamy więc popis mody i muzyki tamtego okresu. Stroje postaci, momentami dziwaczne, nie wydają się jednak wcale kiczowate. Zaczeski, loczki, wywinięcia i skomplikowane koki – to już nie jest takie łatwe do przełknięcia, ale wpasowuje się w ogólną stylistykę produkcji. Miały być lata 70-te? Są lata 70-te i czuć je na każdym kroku, ale bez zbytniej spiny. Film Russella nie jest poważnym dramatem i wcale takiego nie udaje. Bohaterowie obmyślają swoje strategie w rytmie disco, szejk spotyka się z mafiosem na tyłach klubu, a głównym tematem przy kolacji staje się zapach lakieru do paznokci (chociaż w tym ostatnim można dopatrzeć się pewnej symboliki).

Hucznie zapowiadany American Hustle na początku może wydawać się grzeczniejszą wersją Wilka z Wall Street – brakuje w nim przecież wyuzdanych imprez, seksu na każdym kroku i ton narkotyków. Później dostrzegamy różnice. Film Davida O. Russella jest bardziej skomplikowany, wielopoziomowy. Bohaterowie oszukują nie tylko innych, ale także siebie samych, swoich bliskich oraz widzów. Tak samo kolorowy i wciągający jak Wilk, American Hustle daje bardziej do myślenia, ukazuje szarości i niejednoznaczności świata. Obnaża amerykański sen, ale nie wskazuje winnych. Oszuści wcale nie są większymi degeneratami niż „pozytywni” stróże prawa. Intrygująca historia ukazana w niezwykle plastyczny sposób, połączona z rewelacyjnymi kreacjami aktorskimi i klimatycznym soundtrackiem daje efekt bardziej niż przyzwoity. Nie jest to może najlepszy film wyprodukowany w 2013 roku, ale pozycja zdecydowanie warta poświęconego jej czasu i pieniędzy.


blog comments powered by Disqus