Gwóźdź do wietnamskiej trumny

plakat filmu Gwóźdź do wietnamskiej trumny

Filmowe opowieści o antybohaterach z nowojorskich czy chicagowskich ulic są w kulturze amerykańskiej zakorzenione tak silnie, że nie sposób wyobrazić sobie śmierci tego gatunku - takiej, która dotknęła chociażby westerny. Dzisiejsze kino gangsterskie jednak rzadko wyrasta ponad poziom mega dynamicznych i mega idiotycznych warkoczy, splecionych z pościgów, strzelanin i banalnej historii. Przynajmniej dwa wielkie tytuły przyniósł ze sobą rok 1995. Wtedy to na ekranach rozświetliła się znakomita Gorączka Michaela Manna i doskonały, mocny film Martina Scorsese - Kasyno. Pięć lat wcześniej zobaczyć mogliśmy ostatnią część trylogii Ojca chrzestnego i Chłopaków z ferajny. Gatunek ten jednak, od momentu porzucenia stylistyki noir, która powraca dziś zresztą do łask (36, Czarna dalia), pozbawiony został pewnej konwencji realizacyjnej i w pewnym uogólnieniu, także klasy. Arcydzieł Johna Hustona (Sokoł Maltański, Asfaltowa dżungla), czy Howarda Hawksa (Wielki sen, Człowiek z blizną), choć kierujące się pewną siłą rzeczy pewną powtarzalnością postaciowych bohaterów, potrafiły łączyć w sobie doskonałą intrygę z wciągającym klimatem świata poza prawem. W latach późniejszych zbrodnia, a raczej jej naturalistyczny, nierzadko brutalny i koniecznie widowiskowy charakter, zdominowały wartość psychologiczną, czy dramatyczną tego gatunku. Dzisiaj najciekawsze pomysły kina gangsterskiego rodzą się chyba w Azji. Wspomnieć wystarczy tylko kilka tytułów spod ręki Takeshi Kitano, czy doskonalą trylogię Infernal Affairs, której pierwsza odsłona posłużyła za pierwowzór, nagrodzonej Oscarem Infiltracji.

Ameryka nie przestaje jednak wracać do historii o gangsterach. Na polskie ekrany wchodzi właśnie najnowszy obraz tego gatunku, w reżyserii Ridley’a Scotta. Dotychczasowy dorobek artysty sugeruje nam doskonałe widowisko, nie daje jednak pewności czy sprosta on tematyce kina gangsterskiego, zapewniając nam ciekawą i wciągającą opowieść. Pewność taką daje nam natomiast sam film.

American gangster to oparta na motywach biograficznych historia zadziwiającej kariery narkotykowego bossa Harlemu- Franka Lucasa. Ten czarnoskóry kierowca legendarnego Bumpy Johnsona, podporządkował sobie po śmierci szefa cały handel heroiną w czarnoskórych dzielnicach Nowego Jorku, oferując wielokrotnie tańszy i czystszy towar niż konkurencja. Narkotyk trafiał na rynek prosto z Wietnamu, sprowadzony w trumnach poległych żołnierzy. Dziś oblicza się, że sama tylko sprzedaż uliczna, przynosiła Lucasowi dochody rzędu około miliona dolarów dziennie. Jego gang, prowadzony razem z szóstką braci, w szybkim tempie zmonopolizował handel heroiną, dzięki korupcji zapewniając sobie całkowitą bezkarność.

Steven Zaillian (dwie nominacje do Oscara i statuetka za Listę Schindlera) pisząc scenariusz do filmu oparł historię na rywalizacji Lucasa z Richie Robertsem - detektywem nowojorskiej policji, który mogąc zawłaszczyć wypchaną pieniędzmi walizkę, odwiózł ja na komisariat. Jego nieskazitelność staje się powodem przekazania mu dowództwa nowej komórki przeznaczonej do walki z bossami świata narkotykowego. Roberts rozpoczyna polowanie na głównego dostawcę Tru Blu, bo tak we własnym żargonie określali dilerzy towar Lucasa.

American gangster jest niemal pewniakiem tegorocznej gali oscarowej. Perfekcyjnie wyreżyserowana historia, poparta niezłym scenariuszem, w intrygujący sposób odmalowuje błyskawiczną karierę przestępcy, kontrapunktując ją powolną i żmudną pracą policji. Jest to kino niebanalne, pokazujące ciężar walki ze światem, który może sobie pozwolić na kupienie prawa i który zawsze będzie miał przewagę. Genialne kreacje Denzela Washingtona i Rusella Crowe’a dodatkowo podnoszą wartość obrazu. Aktorzy kreują postaci pełne i wiarygodne. Nawet nieprawdopodobna decyzja o oddaniu miliona dolarów nie pachnie tutaj absurdem, czy nawet nierealną fikcją. Scott należy do tego grona reżyserów, który rzadko dopuszcza się słabej warsztatowo pracy i nawet tak infantylne obrazy jak Królestwo niebieskie ciężko oskarżyć o niedoskonałość reżyserską. Tym razem udaje mu się pokazać nie tylko widowisko, ale i wstrząsający dramat. American gangster to opowieść o naiwności i krótkowzroczności ludzi, dla których murzyn to tylko czarnuch, który, jeżeli nie pucuje butów na stacji metra, to zaopatruje w narkotyki najwyżej trzy przecznice. I nie warto się z nim liczyć. Kanał przerzutowy Lucasa to nie tylko ostatni w kinie gwóźdź do trumny wojny wietnamskiej-  to obraz absurdów, jakie towarzyszą takim konfliktom i zasady, jaką kierują się żołnierze. Zasada ta jest zresztą tożsama dla wszystkich, a przynajmniej dla większości.

American gangster nie jest filmem najłatwiejszym. Męczący jest nieco sposób prowadzenia narracji, który powoduje nierówne rozkładanie się napięcia, co z kolei tworzy miejscami delikatne dłużyzny. Lecz bynajmniej nie obniża wartości filmu. Bazując na podstawach konwencji udało się Scottowi ciekawie odświeżyć gatunek, i jak sądzę zapewnić sobie przemowę, na najbliższym rozdaniu nagród Akademii Filmowej. My mamy natomiast kino, które warto zobaczyć.


blog comments powered by Disqus