"Annabelle: Narodziny zła" - recenzja filmu

Na takie origin story czekaliśmy


Po tym, jak frekwencyjnym sukcesem okazał się horror Obecność w 2013 roku, kwestią czasu było potwierdzenie planów, co do powstania kolejnych filmów z serii. Na pierwszy ogień poszła Annabelle (2014), która miała być spin-offem do historii znanej z obrazu Jamesa Wana. Produkcja ta jednak rozczarowała – zarzucano jej wtórność i nudność. Trzy lata później zdecydowano się na ponowy restart z podtytułem Narodziny zła (oryg. Creation), który od piątku gości w naszych kinach. To origin story z pewnością Was przerazi.


Akcja pierwszej Annabelle rozgrywa się kilka lat przed wydarzeniami znanymi z Obecności. W Annabelle: Narodziny zła widz przenosi się bardziej w przeszłość, w której na początku serwowana jest sielankowa historia rodziny, mieszkającej w pięknym domu. Głowa rodu Samuel Mullins (w tej roli Anthony LaPaglia) zajmuje się rzeźbieniem lalek. Jest to bardzo dobry interes, który przynosi całkiem niezły dochód. Radość w życiu bohaterów pęka niczym bańka mydlana w momencie tragicznej śmierci ich jedynego dziecka – córeczki pieszczotliwie nazywanej Bee. Mija kilka lat. Nieco zniszczony bus, prowadzony przez pewnego kapłana, zmierza w stronę domu lalkarza. W pojeździe znajdują się również siostra Charlotte (Stephanie Sigman) oraz sześcioro dziewcząt z sierocińca. Pod dachem nadal mieszkają stary Mullins oraz jego okaleczona żona Esther (Miranda Otto). Ich dom staje się zastępczym sierocińcem po tym, jak poprzedni ośrodek został zamknięty. Za wyjątkiem jednego, dziewczyny mają dostęp do wszystkich pokoi. Zamknięte na klucz pomieszczenie zaczyna interesować niepełnosprawną Janice (Talitha Bateman). Dziewczynka nie spodziewa się, że koszmar rozegra się właśnie tam.


Tym razem scenarzysta Gary Dauberman stanął na wysokości zadania. Mający na swoim koncie skrypty do takich filmów jak W sieci pająka czy Krwiożercza małpa, po kilku latach przerwy dostał zadanie napisania spin-offa o nawiedzonej zabawce. Historia ta jednak nie porwała tłumów – krytycy nie szczędzili jej gorzkich słów, a widzowie wychodzący z kin byli rozczarowani po seansie Annabelle. Wątek młodej pary, kupienia – jak się okazuje – mrocznej lalki i poświęcenia duszy jako ofiary niezbyt przypadła do gustu. Zaś zjawiska paranormalne można było policzyć na palcach jednej ręki. Mimo to Dauberman otrzymał szansę rekompensaty i poprawił się w kolejnym obrazie. Prequel do tamtej fabuły, w której obserwujemy powstanie lalki i genezę umieszczenia w niej demona, jest dobrze zbudowany. Mimo powielanych kalek, znanych z innych horrorów, niejednokrotnie ciarki przejdą Wam po ciele. Narodziny zła okazują się być solidną i przemyślaną produkcją. Duża w tym zasługa również ze strony młodych aktorek, które przewijają się w filmie. Prócz Talithy Bateman, na pewno zwrócicie uwagę na Lulu Wilson. Wciela się w postać Lindy, która jest najlepszą przyjaciółką Janice i jednocześnie nieposkromioną dziewczynką, której nadpobudliwość jest widoczna. W myśl przysłowia owa ciekawość bohaterek w starym, nieco opuszczonym domu może prowadzić nie tyle do tarapatów, co do piekła.


W Annabelle: Narodzinach zła niejednokrotnie doświadczymy warsztatu reżyserskiego i znanych chwytów Davida F. Sandberga. Pochodzący ze Szwecji twórca przyzwyczaił widzów, jak straszy (chociażby w swoich krótkometrażowych filmach czy horrorze Kiedy zgasną światła z zeszłego roku). Napięcie i strach wzrasta od momentu przybycia dziewczynek do domu Mullinsów, poprzez klasyczne "co wolno, a czego nie", zamknięty pokój, tajemnicze karteczki z wiadomościami, po subtelne dźwięki przyprawiające o gęsią skórkę i przedmioty, które zmieniają swoje położenie. To tylko początek kłopotów, jakich doświadczą bohaterowie filmu. Twisty fabularne są przemyślane i nie brakuje tu odwołań Annabelle z 2014 roku.


Zbudowany klimat momentami może trącić myszką, ale skupienie postaci w jednym miejscu, ograniczenie do minimum efektów i gra światłami sprawi, że niejednokrotnie podskoczycie w kinowym fotelu. Co istotne, wykreowano rzeczywistych bohaterów w historii, których los nie jest nam obojętny – przecież to tylko niewinne dzieci. Spostrzegawczy widzowie na pewno wyłapią liczne nawiązania do serii, ale i zapowiedź przygotowywanego horroru pt. The Nun.


P.S. Nie zapomnijcie o scenie po napisach filmu Annabelle: Narodziny zła – nawet kiedy na sali kinowej zostaną zapalone światła. Podczas maratonu filmowego z pokazem premierowym w Multikinie w Koszalinie pracownicy na szczęście poczekali z oświetleniem. 

Korekta: Marta Kononienko

 


blog comments powered by Disqus