Zagubieni w Nowym Jorku

plakat filmu Zagubieni w Nowym Jorku

Po ponad dwudziestu latach w Polsce odbyła się premiera jednego z najważniejszych filmów Woody’ego  Allena. I chociaż piętno czasu widoczne jest i w wyglądzie bohaterów, i w jakości samego obrazu, to równie wyraźnie widać, że dzieła tego reżysera są zbyt indywidualne, aby się dezaktualizować. 

W filmach Allena jest przede wszystkim dużo Allena (wyjątkiem jest Sen Kasandry). I oczywiście Nowego Jorku. Fabuła odpowiada jednocześnie początkom jego kariery – komik, z całą gamą paranoi, pośród których dominująca jest obsesja żydowskich korzeni, niezgrabnie porusza się po świecie showbiznesu. Od piętnastu lat chodzi na psychoterapię. Od szesnastu nie pali. Na każdym kroku podkreśla, że pierwszą młodość ma za sobą. Pokazuje placem gdzie mu się robi łysina i ma ją tam rzeczywiście. Człowieczek o przestraszonym głosiku, w wielkich okularach na niezgrabnym nosie, z nerwowymi prędko się poruszającymi, za dużymi dłońmi to żywy dowód na to, jak nadwrażliwej jednostce ciężko się poruszać we współczesnym świecie. Zwierzenia, które czyni, mają charakter osobisty. W jednej ze scen wypowiada sedno tego, co stanowi o jego niechęci wobec rzeczywistości: „Życie nieustannie waha się pomiędzy tym, co przerażające, a tym, co nędzne.”

Alvy, komik, intelektualista o neurotycznej osobowości nieustannie dryfuje pomiędzy tymi dwoma odczuciami – strachem i pogardą dla człowieka prymitywnego, który zdominował życie społeczne i kulturalne. Barbarzyńcy bez wewnętrznego życia nieustannie go szokują. Gdy poznaje Annie Hall, ona jest jeszcze bardziej zagubiona od niego. Pasują do siebie jak dwa dziwolągi, niedopasowane do niczego i nikogo. Ciągnie ich do siebie wyobcowanie wobec reszty świata. Z czasem Annie, dzięki Alvy’emy odkrywa światy dotąd jej nieznane – poezję, naukę, atmosferę uniwersytetów i nocnych klubów. Wsiąka jak gąbka i zakochuje się w słoneczym Los Angeles, ciągnie ją do Kalifornii.

Scena w której rozbrzmiewa „We wish you a mary christmas”, a kamera pokazuje rozłożyste plamy na tle rozgrzanego, bezchmurnego nieba to synonim odrazy jaką czuje Allen do miasta, w którym główną rozrywką mieszkańców jest popijanie drinków na leżakach. Nowy Jork, brudny, zagmatwany, istna dżungla drapaczy chmur, korki na ulicach kontra Kalifornia z równo przystrzyżonymi trawnikami, parterowymi willami i ohydnymi figurkami w ogrodach to zderzenie dwóch horyzontów myślenia. Alvy nie chce żyć z Annie nigdzie indziej, niż w Nowym Jorku. Na jego tłocznych, ruchliwych ulicach czuje się jednocześnie zagubiony i bezpieczny. W pewnym sensie przypominają mu dzieciństwo, które spędził w trzęsącym się domu wybudowanym pod rollercosterem (oczywiście w zastraszającym tempie unosząca się i opadająca kolejka jest uwypukleniem atmosfery panującej w domy Alvy’ego).

Historia, którą opowiada Allen we własnej osobie, dzieje się w czasie, gdy związek bohaterów już się skończył. Towarzyszy jej solidna dawka smutnej refleksji: „Miłość blaknie z czasem? Ależ to okropne!”, „Wyglądacie na szczęśliwych, jak to robicie?” – pyta Alvy, – Ja jestem płytka, głupia i się niczym nie interesuję. – Ja także.” – odpowiada mu zaczepiona para. Dramat, także uczuciowy jest zawsze u tego reżysera dramatem intelektualisty, który nie potrafi się odnaleźć w rzeczach płytkich, na którym nieustannie ciąży piętno lęków zrodzonych ze zbyt wielu myśli. Oczywiście nie osądza Annie, tego że chce się bawić, osądza jedynie samo uczucie, jako coś, co jest głęboko niedoskonałe.

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus