Granice odwagi

plakat filmu Granice odwagi

Apocalypto Mela Gibsona to klasyczny film akcji, którego największym grzechem jest to, iż producenci uparli się by sprzedawać go jako historyczny fresk.

Fabułę filmu daje się bez trudu zapisać w kilku zdaniach. Główny bohater jest świadkiem najazdu na swoją wioskę i, wraz ze współplemieńcami, zostaje uprowadzony przez łowców niewolników. W kolumnie jeńców zmierza do stolicy Państwa Majów, przez całą drogę nie przestaje jednak myśleć o ciężarnej żonie i synku, których zdążył ukryć w wyschniętej studni i do których obiecał powrócić. Najbliższą możliwą okazję wykorzystuje więc do ucieczki. Ścigany zręcznie wymyka się prześladowcom, a w ostatecznej konfrontacji odnosi zwycięstwo i ratuje rodzinę.

Historia Indianina zwanego Łapą Jaguara to popis hollywoodzkiego warsztatu pozwalającego z nic nieznaczącego dramatu jednostki uczynić epokowe widowisko. Mel Gibson potwierdza, iż jest "czującym kino", zręcznym rzemieślnikiem potrafiącym doskonale rozkładać emocje i z chirurgiczną precyzją dozować ekranowe napięcie. Niestety wrażenie osłabia nieskomplikowana i przewidywalna fabuła filmu, która nie oferuje widzom dramatu zmuszającego do oczekiwania zakończenia z rękami zaciśniętymi do białości na poręczach kinowego fotela.

Po Braveheart i Pasji, Gibson po raz kolejny udowadnia też, że nie boi się mierzyć z trudną historyczno-mitologiczną tematyką. W odniesieniu do tychże dzieł kolejna próba wypada jednak zdecydowanie gorzej. Cywilizację Majów oglądamy niejako oczyma uwięzionego Indianina i, podobnie jak on, mamy zostać "uderzeni" i oszołomieni jej widokiem. Jednak z tego mocno fragmenarycznego informacyjnego szumu wynika naprawdę niewiele. Próba opisu jednej z największych cywilizacji kontynentu amerykańskiego na podstawie ekranowych faktów byłaby czynem równie karkołomnym jak chęć scharakteryzowania społeczeństwa irackiego na podstawie telewizyjnej informacji o egzekucji Saddama Husajna. Gdyby historię głównego bohatera przenieść w czasy rzymskie, okres wczesnego średniowiecza czy jakąkolwiek inną epokę i szerokość geograficzną, sprawdziłaby się równie dobrze. W obliczu tychże faktów opowiadanie ekranowej akcji w języku Majów niewątpliwie uznać należy za interesujący pomysł, który nie został jednak do końca wykorzystany.

Mimo nadmiernego uniwersalizmu scenariusza i mocno pobieżnej historycznej otoczki Apocalypto z pewnością przyczni się do wzrostu zainteresowania historią Majów i Ameryki Południowej w ogóle. To zasługa współczesnej machiny promocyjnej, która w otoczce filmu sprzedaje całą rzeszę produktów (artykułów, książek, filmów dokumentalnych itp.) popularyzujących poruszaną tematykę.

Reżyserska odwaga Gibsona przejawia się jeszcze w jednym, istotnym aspekcie całej historii - realizacji Apocalypto w anonimowej, południowoamerykańskiej obsadzie. Brak celebrities silnie wpływa na wiarygodność filmu i, równocześnie, czyni z Gibsona jedyną i niepodważalną Gwiazdę Apocalypto, na którą spłynie cały ewentualny spelndor bądź krytyka. To coś więcej, niż tylko marketingowy zabieg, to swoiste wyzwanie wobec hollywoodzkiej machiny producenckiej, które uznać można za próbę upomnienia się o rolę i swobodę reżysera w produkcji współczesnego widowiska filmowego. I choć Apocalypto to nie epokowe arcydzieło, to z pewnością wyróżnia się in plus w morzu produkcji "made in USA". Gdyby wspomnianej odwagi nie zabrakło przy konstruowaniu scenariusza, moglibyśmy mieć do czynienia z dziełem wybitnym. A tak pozostaje nam ulec zręcznej mieszance ekranowej adrenaliny, egzotyki i marketingu, i przez ponad dwie godziny kibicować Króliczej Łapie. Choć, jak to w Hollywood, i tak od początku wiemy, że mu się uda.


blog comments powered by Disqus