"Nowy początek" - recenzja filmu

Zmarnowany potencjał

11 listopada 2016 r. to wyjątkowa data, nie tylko ze względu na obchody Dnia Niepodległości. Powiązana była również z trzema ciekawymi wydarzeniami. Pierwszym z nich był coroczny Marsz Niepodległości organizowany przez narodowców (niestety tym razem obyło się bez fajerwerków, chociaż podpalono flagi z logiem Facebooka).  Równie ciekawie zapowiadał się wchodzący wówczas do kin film Nowy początek oraz kolejny pojedynek nastolatek z ochroną i policją przed koncertem Justina Biebera (rozrywka zarezerwowana dla mieszkańców Krakowa). Co wybrać? Najlepszą opcją wydawała się być produkcja Denisa Villeneuve’a, choć… Beliberki (psychofanki piosenkarza) okazały się być bardzo dobrą konkurencją.

Bliskie spotkania z kosmitami to jeden z ulubionych mitów popkultury. Filmowe wizje przedstawiały już wojnę z przybyszami z kosmosu(Dzień niepodległości) oraz zdecydowanie bliższe stosunki z przedstawicielami innych cywilizacji (E.T., Doktor Who). Jednak praktycznie nikt przed Denisem Villeneuvem nie spróbował odpowiedzieć sobie na pytanie, w jaki sposób porozmawiać z obcymi. Szkoda tylko, że jego kosmici przypominają ośmiornice…

Lingwistka Louise (Amy Adams) zostaje wezwana przez wojsko, aby spróbować porozumieć się z wysłannikami innej cywilizacji po tym, jak gigantyczne obiekty zawisły nieruchomo tuż nad Ziemią. Nikt nie wie, czy obcy przybyli do nas w celach pokojowych, czy może są zwiastunem inwazji…

Nowy początek stanowi dość ciekawą koncepcję połączenia Pingwinów z Madagaskaru, prozy Lema, wizji Kubricka, tajemniczości Shyamalana oraz fabuły Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia. Villeneuve podchodzi jednak do problemu spotkania z inną cywilizacją w bardziej naukowy sposób, gdyż próbuje przyjrzeć się temu wydarzeniu poprzez metody komunikacji.  W większości filmów science fiction twórcy zakładali, że to kosmici znają nasz język (co ciekawe – niemal zawsze angielski), jednak gdyby to do nas należała odpowiedzialność za nauczenie ufoludków naszego języka? Jak to zrobić, aby nie doszło do nieporozumienia? Ucząc się języków, niemal każdy z nas spotkał się z sytuacją, w której źle zrozumieliśmy słowa innej osoby. Podobne pytanie zadaje sobie reżyser Nowego początku. Co jeśli nieprawidłowo sformułujemy pytanie o cel przybycia obcych? Mogłoby to prowadzić do mylnej interpretacji ich słów, a co za tym idzie… wojny.

Villeneuve umiejętnie, krok po kroku buduje napięcie i intrygę, wzmacniając nasze doznania charakterystyczną, pompatyczną muzyką. Kolejne sceny zdają się potwierdzać pierwsze wrażenie, że czeka nas fantastyczny seans. Niestety, coś poszło nie tak…

Filmowa ekranizacja prozy Chianga w pewnym momencie zakrzywia czasoprzestrzeń. Każda minuta zdaje się dłużyć w nieskończoność, a wydarzenia na ekranie niemal zamierają w miejscu. Produkcja zaczyna popadać w irytującą metaforyczność, a przedłużający się wątek badania języka jest równie interesujący, co relacja z pojedynku szachowego. Szczególnie kiepsko prezentuje się filmowa wizja obcych, komunikujących się za pomocą atramentu i bardziej przypominających potwory ze starych filmów science fiction lub kosmiczne ośmiornice z Pingwinów z Madagaskaru, niż przedstawicieli bardziej rozwiniętej cywilizacji.

Reżyser przesadził także z charakterystyczną dla siebie intrygą, przez co obraz finalnie odszedł od mocno naukowego science fiction na rzecz wariacji dotyczącej postrzegania płynności czasu. Odnosimy przez to wrażenie, że twórcy Nowego początku mieli fantastyczną, świeżą koncepcję fabularną, jednak zabrakło im pomysłu na równie dobre zakończenie filmu. to zamiast tego otrzymujemy finał rażący uproszczeniami, niespójnością oraz niemal boskimi mocami jednego z bohaterów (może to postać z któregoś z X-menów?).

Film oparty na prozie Teda Chianga to przede wszystkim wizualna perełka. Na ekranie obserwujemy wspaniałe lokalizacje, piękną scenografie, klaustrofobiczne ujęcia oraz niezwykle wyszukane kadry, dzięki którym produkcja nawiązuje dla klasyków gatunku. To wszystko zaprezentowane zostało bardzo prostymi, realistycznymi środkami, udowadniając tym samym, że dobre science fiction nie musi wyróżniać się spektakularnymi efektami specjalnymi oraz przesadnie wykorzystywanym CGI.

Niestety, niewiele dobrego można powiedzieć o obsadzie aktorskiej, która po prostu… jest. Amy Adams przesadziła z nadmierną naturalnością, przez co jej kreacja kojarzy nam się z ciągłym sapaniem(psa po spacerze lub oddechem Dartha Vadera). Jeremy Renner i Forest Whitaker są tym razem tak nijacy, że po seansie nie potrafimy powiedzieć czegokolwiek o granych przez nich bohaterach.

Nowy początek to według dystrybutora „psychologiczny thriller science fiction, którego ludzki umysł nie potrafi objąć intelektualnie”. Pomimo bardzo dobrych chęci, twórcy nie potrafili udźwignąć niewątpliwego potencjału filmu,  zawodzącego właśnie pod względem intelektualnej rozrywki. Od siebie dodam, że zdecydowanie ciekawsze było dla mnie obserwowanie rozhisteryzowanych nastolatek, próbujących za wszelką cenę dostać się jako pierwsze na koncert Biebera.

Korekta: Aleksandra Wierzbińska

 

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus