"Avengers: Wojna bez granic" - recenzja filmu

Apokaliptyczna rozpusta Thanosa 

Najnowsza produkcja Marvel Studios to nie tylko „wojna bez granic”, ale najprawdziwsza totalna destrukcja. Obraz zrobiony z rozmachem, chociaż miejscami lekko niedorzeczny, to pewne ukoronowanie dotychczasowych dziesięciu lat pracy nad tym filmowym uniwersum. Jest to jednocześnie zupełnie nowa wizja spośród marvelowskich filmów, zachowująca dobrze ugruntowaną tradycję mocnego zabarwienia humorystycznyego. Fabuła łącząca nikczemną siłę kosmiczną i chaotycznie zmontowaną supergrupę to jedna z najlepszych produkcji o trykociarzach, jakie przyszło mi oglądać.

Avengers: Wojna bez granic luźno nawiązuje do wątków, które były obecne w seriach komiksowych takich jak Infinity Gauntlet z 1991 roku oraz Infinity z 2013 roku. Historia jest dość prosta – zły, kosmiczny tyran uważa się za zbawcę kosmosu, przed którym stoi niezwykle trudne zadanie, polegające na przywróceniu równowagi we wszechświecie poprzez masową eksterminację. Ją zaś można osiągnąć poprzez zdobycie wszystkich kamieni, które kontrolowały całość egzystencji. Tymi, którzy mają mu przeszkodzić, są oczywiście marvelowscy trykociarze. Taka koncepcja fabularna powoduje, że każdy kamień, a wraz z nim prawie każdy element obecny do tej pory w kinowym uniwersum zbudowanym na imperium Domu Pomysłów, znalazł swoje miejsce w tym filmie. Przyznam, że ciężko byłoby zrozumieć ten kolejny epizod w opowiadanej od ponad dziesięciu lat historii, jeśli nie zapozna się ze wcześniejszymi produkcjami. Nie chodzi mi tylko o serię filmów Avengers, ale też solowe przygody innych herosów oraz kosmiczne podróże Strażników Galaktyki. Bez odniesień do poprzednich rozdziałów tej wielkiej kinowo-komiksowej epopei widz będzie tkwił w wielkiej konsternacji podczas projekcji. Natomiast wierny fan Marvel Cinematic Universe zrozumie, że trafił na bardzo wyjątkowy element całościowej historii, którą możemy podziwiać od 2008 roku.

Geniusz tej produkcji to nie tylko sam pomysł na historię, ale też wyjątkowo udana próba skonstruowania spójnej narracji. Bracia Russo, łącząc wiele wątków w jedną całość, stworzyli film oryginalny, będący zaprzeczeniem pewnego schematu wypracowanego przez lata. Po pierwsze zestawiono w nim wielu różnych bohaterów, tworząc z nich małe podgrupy o podobnym charakterze. Przykładowy zespół został złożony z Doktora Strange’a, do którego dołączono równie genialnego Tony’ego Starka i jego młodsze odbicie w postaci Petera Parkera, których wspiera równie geekowaty jak młody pajączek Star-Lord. Daje to taki dynamizm na ekranie, że dwie i pół godziny mijają w sposób bardzo szybki. Po drugie liczne antagonizmy grupowe wywołują salwy śmiechu, które są niestety bardzo potrzebne, ponieważ stanowią przeciwwagę dla wątku głównego bohatera,  złego tytana Thanosa, którego historia i poczynania wypełnione są bólem, gniewem i żalem. Oglądając tę postać, chcemy ją jednocześnie nienawidzić, ale odczuwamy też w stosunku do niej lekkie współczucie. Josh Brolin „wyciska” wszystko co najlepsze (a raczej najgorsze) z granego przez siebie antagonisty i tworzy rolę prawie że na miarę Jokera w wykonaniu Heatha Ledgera. Po trzecie natomiast wszystko to jest wybitnie podkreślone przez muzykę Alana Silvestriego i jego różnorodne aranżacje, wykorzystujące ten sam temat w nowej, nieco bardziej poważnej i mrocznej odsłonie.

Przyznam, że nie obyło się też bez błędów. Wiadome jest, że produkcje od Marvel Studios są adresowane nie tylko do fanów, ale też i do całych rodzin. Z tego względu obecne są wszelkiego rodzaju dowcipy. Co prawda nie w takiej intensywności jak we wcześniejszych obrazach, ale jednak są. I niestety nie wszystkie pozostają wyszukane, a infantylność niektórych z nich powoduje zaburzenie w interakcji z gęstą atmosferą ekranowej tragedii. Poza tym rozwiązania, jakie proponują superbohaterowie, to jakby krok wstecz w stosunku do tego, jaką moc i siłę prezentowali w poprzednich filmach. Przykładem jest choćby Doktor Strange w wykonaniu Benedicta Cumberbatcha, którego poczynania stały się bardziej chaotyczne i nieprzemyślane, względem tego co prezentował wcześniej. Nie wypada zbyt surowo oceniać tej produkcji, gdyż z całą pewnością będzie mocno skorelowana z Avengers 4, który to obraz dopełni Wojnę bez granic i w ten sposób opowie pełną historię.

Podsumowując, Avengers: Wojna bez granic to jedna wielka gigantyczna bitwa, w której reżyserzy Anthony i Joe Russo podarowali nam o wiele więcej, niż mogliśmy zobaczyć choćby we Władcy Pierścieni: Powrocie Króla, Imperium Kontratakuje czy nawet ostatniej filmowej części przygód Harry’ego Pottera. Najnowsze dzieło z Marvel Cinematic Universe to wielki rollercoaster na dwóch różnych frontach, który miejscami, aby nie przytłoczyć widza, dostarcza klasycznej cukierkowej otoczki, gagów oraz bardzo zabawnych, jednolinijkowych gier słownych. Całość tworzy spójną kompozycję oraz świetne kino superbohaterskie dla widza w każdym wieku, zostawiając apetyty na więcej. Jednocześnie Marvel udowadnia, że potrafi być równie mroczny co DC.

Korekta: Marta Kononienko


blog comments powered by Disqus