"Piękna i Bestia" - recenzja wydania Blu-ray filmu

Autor: osti
Korekta: Marta Kononienko
23 września 2017

Hello, Beastie!

Przygotowywanie remake'u kultowego klasyka jest jak chodzenie po linie. Należy idealnie balansować pomiędzy koniecznością zachowania ducha oryginału, a nadaniem mu nieco odświeżonej formy. Jeśli twórcy za bardzo rozpędzą się w opowiadaniu znanej historii na nowo, łatwo mogą stracić równowagę i runąć w dół.

Podchodzenie do materiału źródłowego na kolanach nie jest wcale lepsze. Strach przed wprowadzeniem jakichkolwiek zmian może być dla produkcji równie zabójczy co przeszarżowanie z własną inwencją. Recenzenci nazwą film zwykłą kalką, a zamiast dobrego wyniku w box offisie zostanie mokra plama na chodniku.

Mierzący się z disneyowskim klasykiem Bill Condon z całą pewnością świadomy był tych zagrożeń. Jako osoba nie mająca na swoim reżyserskim koncie zbyt wielu filmów, które moglibyśmy nazwać arcydziełami, zabrał się za robotę jak prawdziwy rzemieślnik. Oznacza to, że swoją pracę rozpoczął od przygotowania odpowiednich narzędzi. Stąd też wszyscy ludzie stojący razem za nową wersją Pięknej i Bestii to przede wszystkim prawdziwi wielbiciele oryginału. Spora część z nich maczała zresztą palce przy powstaniu klasyka – jak choćby odpowiadający za muzykę Alan Menken.

Twórcy, zdecydowani za wszelką cenę opowiedzieć kultową historię nowemu pokoleniu widzów, przygotowali prawdziwie imponujące widowisko. Wspaniałe kostiumy ukazane zostały na tle budzących podziw scenografii – w większości wybudowanych, a nie „dorobionych” w procesie postprodukcji przy pomocy komputera. Całość okraszono bajkową ścieżką dźwiękową, wypełnioną utworami doskonale znanymi fanom bajki sprzed ponad ćwierć wieku.

Jednak te wszystkie zabiegi na nic by się zdały, gdyby odpowiednie osoby nie stanęły także przed kamerą. A lista wybitnych aktorów, którzy brali udział w kręceniu nowej Pięknej i Bestii jest absolutnie porażająca. Bez wątpienia najbardziej udany był popis Ewana McGregora w roli Podpłomyka. Doskonale wypadł także Luke Evans w lekko autoironicznym występie. Dan Stevens, dzięki wsparciu nowoczesnych technologii, stworzył pełną sprzecznych uczuć i wiarygodną (jak na komputerowego stwora) Bestię.

W sumie najsłabszy wydał mi się występ Emmy Watson. Filmowa Bella jest dla mnie postacią nieco bez wyrazu i – choć powinna wywoływać największe emocje – ginie nieco wśród błyszczących dookoła niej gwiazd. Twórcy poświęcili, moim zdaniem, za mało czasu na rozwój relacji między Piekną a Bestią, przez co można odnieść wrażenie, że bohaterka zakochuje się w potworze niemalże w ciągu kilku chwil po odwiedzeniu z nim zamkowej biblioteki.

Samo wydanie Blu-ray Pięknej i Bestii wypchane jest po brzegi atrakcjami – coś, do czego niestety nie możemy się jeszcze przyzwyczajać. Dodatki odsłaniające kulisy produkcji trwają tutaj chyba więcej czasu niż sam film! Naprawdę miło było patrzeć, z jakim zaangażowaniem ekipa pracowała nad powołaniem do życia legendarnej opowieści.

Piękną i Bestię możemy oczywiście oglądać z polskimi napisami lub dubbingiem. Pierwsza opcja znacznie bardziej przypadła mi do gustu, dobrze jednak, że widzowie otrzymują wybór. Tym bardziej, że polski dubbing nie odbiega jakoś bardzo od oryginału. Wywiady z twórcami i filmy typu „making of” dostępne są tylko z napisami.

Dla młodszych widzów, którzy nie mieli nigdy styczności z oryginalną animacją Disneya, Piękna i Bestia powinna być naprawdę niesamowitym przeżyciem. Stare pierniki również znajdą tu wiele przyjemności, jednak zabraknie im uczucia obcowania z czymś niezwykłym i unikatowym. W końcu jest to historia bardzo dobrze znana i „jedynie” podana w nowej formie.



blog comments powered by Disqus