McEpos

plakat filmu McEpos

Gdy Tolkien pisał swoją trylogię nie mógł wiedzieć, że zainteresowanie literaturą staroangielską na przełomie XX i XXI wieku osiągnie swoje apogeum. Za tryumfem fantastyki opartej na motywach sag i eposów nadciągnął zalew produkcji filmowych nawiązujących do nich w estetyce i tematyce. Sukces Petera Jacksona sprawił, że jak na grzyby po deszczu pojawiły się produkcje sięgające nawet po opowieści spisane w językach dziś już praktycznie nieznanych.

W Polsce cierpimy na brak tłumaczenia jednego z najważniejszych dla poznania legend skandynawskich, poematu – Beowulfa. Jeśli chcielibyśmy zapoznać się z tą historią, można sięgnąć po film Boewulf. Droga do sprawiedliwości, który jest  jego w miarę wierną adaptacją. W świecie, gdzie potwory i ludzie walczyli ze sobą o każdy metr ziemi pojawia się stwór o ponadnaturalnej sile, bezkarnie zabijający wojowników i plądrujący domostwa. Grendel to potężny troll, który w dzieciństwie – o czym jesteśmy poinformowani już na początku filmu – patrzył na śmierć swojego ojca z rąk wojów króla Hrothgara. Gdy żadne zasadzki nie pomagają w sukurs nękanym nadciąga wyprawa kierowana przez słynnego wojownika – Beowulfa. Walka z potworem powoli staje się dla Beowulfa czymś pozbawionym sensu – potwór unika konfrontacji z nim, zabija jedynie wojów króla. Odpowiedź przychodzi wraz z pojawieniem się tajemniczej czarownicy Selmy, z której pomocą Beowulf odkrywa, że troll kieruje się chęcią zemsty za swoje krzywdy. Teraz walka z Grendelem nie jest już moralnie jednoznaczna, Beowulf musi stanąć po którejś ze stron, kodeks honorowy bohatera nie pozwala już na ślepą pogoń za mordercą. Wybór między lojalnością a litością nie należy do łatwych.

Beowulf… z dużą dokładnością przedstawia nam historię opowiedzianą w poemacie, jednak sam film nie należy do ciekawych. Dłużyzny, brak akcji i „liryczne” pokazywanie Beowulfa forsującego na koniu górskie załomy przez kilka minut może znudzić nawet największych miłośników krajobrazów. Sztuczność i brak dramatyzmu można zarzucić zarówno scenografii jak i grze aktorów, szczególnie dokuczliwe jest to do połowy filmu, gdy w oczekiwaniu na wydarzenia można przespać nie jeden piękny widok. Właściwie to one ratują film – baśniowe pełne zieleni pola, poszarpane grzbiety gór czy w końcu klifowe wybrzeża, gdzie natura wyrzeźbiła zadziwiające formy. Sceny, które mają być symboliczne, są widzowi wciskane na siłę, bez subtelnej gry w skojarzenia, odarte z tajemniczości.

Oglądając Beowulfa… nie wierzymy jego twórcom – opowiadana historia wydaje nam się błaha i z góry wiemy jak się zakończy. Aktorzy grają jakby zapomnieli, że jest to film akcji – bez emocji i ekspresji zadają kolejne ciosy mieczami. Druga połowa jest o wiele lepsza, największa w tym zasługa Sary Polley, która wcieliła się w wieloznaczną postać Selmy utrzymującej kontakty z ludźmi jak i potworami. Opowiada ona historię swoje życia, gdy będąc prostytutką oddawała się zarówno królowi jak i Grendelowi. To ona pomaga Beowulfowi trafić do kryjówki trolla i ukazuje mu inną twarz potwora. Dualizm, rozdarcie między ludźmi, a dziką naturą zostało w tej postaci udanie połączone i przedstawione.

Beowulf i Grendel to obraz, ambicją którego twórców było zadawać pytania, stawiać moralne dylematy, a sposobem realizacji upodobnić go do wielkich epickich realizacji w rodzaju Władcy pierścieni. Wyszedł jednak film płytki, czasem aż śmieszny w swych dłużyznach, w dużej mierze sztuczny i nieprawdziwy. Nie daje szansy na wejście w świat skandynawskich bohaterów, na poczucie morskiej bryzy unoszącej się nad wrzosowiskiem. Macdonaldyzacja kina swoje tryumfy święci właśnie w takich produkcjach.

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus