Recenzja filmu "Bestie z południowych krain"

Autor: Redil

Zwycięzca ubiegłorocznego festiwalu Sundance, choć stworzony przez Amerykanów, zdaje się być zupełnie nie-amerykański. Ale właśnie to do siebie ma ten festiwal, że dzieła prezentowane w jego ramach, zdecydowanie nie mieszczą się w konwencjach utartych przez Hollywood. Przykładem może być chociażby laureat sprzed dwóch lat - Do szpiku kości, który wylansował młodą gwiazdę Jennifer Lawrence. Bestie zpołudniowych krain też mają swoją gwiazdę, choć zupełnie inną od tamtej blondwłosej piękności. Mała Quvenzhané Wallis ujmuje od pierwszych scen, kiedy swym uroczym głosem opowiada o zwierzętach i ich sercach, o swoim ojcu, czy o życiu niewielkiej społeczności w miejscu zwanym "Wanną" - od tego momentu zjednuje sobie przychylność widzów. Nie sposób już śledzić jej losów bez uśmiechu na twarzy.

Akcja toczy się we wspomnianej "Wannie" - miejscu odgrodzonym od cywilizacji potężnym murem. Nie jest to jednak mur nie do przebycia; mieszkańcom Wanny nikt nie broni przedostać się na drugą stronę. Problem w tym, że oni sami nie chcą opuszczać swojego miejsca. Tu są ich domy, ich społeczność, ich życie - i nigdzie nie zamierzają się stąd ruszać. Mała Hushpuppy mieszka z ojcem, z którym łączą ją bardzo dziwne relacje. Ich wzajemna miłość często przejawia się w czynach mogących świadczyć nawet o nienawiści. Obrazuje to chociażby scena, w której dziewczynka bije ojca, życząc mu śmierci. Ale prawdziwa miłość wcale nie jest zatarta, widać ją już na pierwszy rzut oka. Więź łącząca bohaterów, choć trudna, jest bardzo mocna. A ojciec Hushpuppy robi wszystko, aby córka wyrosła na silną oraz odważną dziewczynę. Chce bowiem, aby po jego śmierci, Hush mogła poradzić sobie w życiu sama.

Potem nadchodzi powódź, a Wanna zostaje zalana. Do życia budzą się tajemnicze bestie, które przemierzają ląd, nie oszczędzając na swej drodze nikogo. Wszystko dąży do nieuchronnej konfrontacji Hushpuppy z bestiami. W całym filmie mamy ślady realizmu magicznego, obrazujące się chociażby w samym fikcyjnym, a jednak do bólu rzeczywistym świecie. Nie brak tu elementów fantastycznych oraz magicznych, zestawionych jednak z szarą codziennością. W efekcie Bestie z południowych krain  stają się jednym wielkim symbolem dojrzewania, utraty dziecinnej niewinności oraz konfrontacji z brutalną rzeczywistością.

Słowa wypowiadane przez dziewczynkę zdają się być do bólu proste. Zresztą tak jak cały wydźwięk fabuły. Ale właśnie w tej prostocie kryje się największe piękno filmu. Pod względem fabuły Bestie... można zestawić obok takich filmów jak Labirynt Fauna. To jednak zupełnie inna stylistyka i inny rodzaj baśniowości. Wspaniałe zdjęcia Bena Richardsona, który raz po raz atakuje nas obrazami drzew, roślin, zwierząt - sprawiają, że mimo potencjalnej fantastyki, widz ma nieodparte wrażenie, jakby obcował z czymś naturalnym oraz przyziemnym. I chociaż odnajdziemy w tym również echo wołania reżysera o powrót do natury, odcięcia się od pędu cywilizacji - wołania może lekko przesadzonego i nie do końca uzasadnionego w samej fabule, to jednak kryje się za tym także zdecydowana szczerość oraz bezpretensjonalność.

Niecodzienny klimat filmu budowany jest jednak przede wszystkim przez znakomitą i wpadającą w ucho muzykę. Pełne radości rytmy towarzyszą Hush na każdym kroku, bez względu na to, czy dzieje się coś radosnego, czy wręcz przeciwnie. Sygnalizuje to widzowi, że mimo wszystko nie wolno się załamywać. W efekcie cały film emanuje nadzieją. Mała bohaterka ani przez jedną chwilę nie myśli o poddaniu się, czy zawróceniu z drogi. Może jest jeszcze naiwna, może nawet nie rozumie, czego powinna się bać, ale prze do przodu z podniesioną piersią, bo tak nauczył ją ojciec. I my - widzowie, powinniśmy się tego uczyć od Hushpuppy.


blog comments powered by Disqus