Czy te oczy mogą kłamać? - recenzja wydania DVD filmu „Wielkie oczy”

Autor: Agnieszka Bukowczan-Rzeszut
Korekta: Joanna Biernacik
6 sierpnia 2015

Tim Burton zaczynał karierę jako animator u Walta Disneya i wiele filmów, które nakręcił przez ostatnie trzy dekady wykorzystuje tę charakterystyczną, baśniową estetykę, żeby wymienić choćby Sok z żuka, Edwarda Nożycorękiego czy Alicję w Krainie Czarów. Jego ostatni film, Wielkie oczy, choć oparty na biografii malarki Margaret Keane (której zawdzięczamy setki ckliwych obrazów przedstawiających smutne dzieci z wielkimi oczyma) wywołał spekulacje, że Burton wkracza w zupełnie nowe obszary twórczości. Tak jednak nie jest. Historia w filmie wciąż widziana jest przez burtonowski filtr, stając się baśniową opowieścią. Reprodukcje Keane zdominowały amerykańskie przedmieścia w latach 60. i 70. – Burton przyznał, że wyrósł wśród nich, planował poznać artystkę i kupić jej dzieła zanim ktokolwiek chciałby nakręcić film o jej przewrotnym życiu. Wpływ Keane można dostrzec w wielu jego własnych animacjach. Reżyser długo dojrzewał do decyzji, by przenieść biografię artystki na ekran.

Nagrodzona za swoją kreację Złotym Globem Amy Adams wciela się w uciemiężoną, wrażliwą żonę – Margaret Keane. Poznajemy ją w 1958 roku, gdy pakuje do auta swoje obrazy, córkę Jane (Delaney Raye) i opuszcza męża, wyjeżdżając do San Francisco „jeszcze zanim to było modne”. W tygodniu pracuje w fabryce mebli, zaś w weekendy sprzedaje swoje obrazy po dolarze za sztukę (ciekawostka: jeśli przyjrzycie się scenie w parku, możecie dostrzec prawdziwą, prawie 90-letnią Margaret w tle). Tam poznaje Waltera Keane’a (Christoph Waltz) – czarującego, charyzmatycznego, wygadanego agenta nieruchomości z grymasem kota z Cheshire, który podaje się za absolwenta paryskiej Ecole des Beaux-Arts, sprzedającego swoje widoki z Montmartre w znacznie wyższych cenach. Zapytana o wielkie oczy postaci na jej płótnach, Margaret odpowiada, że „oczy są zwierciadłem duszy”. Samotna kobieta daje się przejrzeć na wylot, szybko zakochuje w Walterze i wkrótce za niego wychodzi. Nowym nazwiskiem podpisuje swoje obrazy, a jej mąż najpierw rozpoczyna kampanię na rzecz wzbudzenia zainteresowania niezwykłymi płótnami żony, a gdy okazuje się, że robią furorę w epoce bitników – błyskawicznie przypisuje sobie ich autorstwo. W końcu i tak nikt nie kupiłby dzieła namalowanego przez kobietę. Margaret szybko staje się ofiarą własnego sukcesu – i dominującego męża.

Tak, Wielkie oczy są zdecydowanie filmem burtonowskim. Są również baśnią. To opowieść w stylu Kopciuszka – Margaret zostaje zesłana na strych, gdzie spędza całe dnie „produkując” obrazy, podczas gdy jej mąż bryluje w galerii sztuki, programach telewizyjnych, wśród ówczesnych celebrytów – i spija śmietankę. Walter staje się równocześnie złym ojczymem z bajki i Sinobrodym w jednej osobie – psychicznie tłamsi i znęca się nad żoną, zabijając jej twórczą wolność. Z twarzą nieustannie wykrzywioną uśmiechem, Walter jest pewny siebie do czasu, gdy coś nie idzie po jego myśli – wtedy wpada w szał i biada temu, kto stanie mu na drodze.

Wielkie oczy mogą być jednym z najbardziej niedocenionych filmów Burtona. Typowy dla reżysera mrok, ekscentryczność czy estetyka animacji nie są w nim widoczne. Warto podkreślić jednak fantastyczną [sic!] kolorystykę i atmosferę kiczu, doskonalę oddającą lata 50. i 60., które czynią Wielkie oczy technicznie i estetycznie zachwycające. Opływowe kontury i żywa paleta barw sprawiają, że Ameryka tamtych czasów ożywa na ekranie, a widz może zajrzeć w surrealistyczną rzeczywistość, w której sztuka rządzi się własnymi prawami.

Wielkie oczy nie są filmem pozbawionym wad. O dziwo, jego wadą jest tempo, które zwalnia, gdy Margaret właściwie dopiero zaczyna odzyskiwać swoją tożsamość jako artystka i kobieta. Scena kulminacyjna w sądzie – zabawna i dramatyczna jednocześnie, mająca udowodnić, które z małżonków jest prawdziwym autorem prac, pozostawia niedosyt, bo nie idzie za nią emocjonalne zadośćuczynienie. Być może powodem jest to, że do tej pory każde z bohaterów stało się swoją własną karykaturą: potworny, przerysowany tyran Walter, głupiutka, choć uczciwa, obecnie konwertytka na Świadkową Jehowy Margaret, snobistyczny krytyk sztuki czy dziennikarz-narrator, nienadążający za kolejnymi plotkami. I nawet gdy  artystka w końcu odkrywa w sobie odwagę, by zacząć mówić własnym głosem, wciąż pozostaje w cieniu. Nie widzimy heroiny, wielkiej artystki, ucieleśnienia feministki, która wywalczyła przecież niezależność, nazwisko, karierę i stała się ikoną swojej epoki. Oto paradoks Wielkich oczu, które zamiast pełnowartościowym dziełem na płótnie,  okazują się średniej jakości reprodukcją.

Wielkie oczy są fascynującym studium największego przekrętu w sztuce tamtej epoki, a także  ówczesnej obyczajowości, zgodnie z którą rozwódka z dzieckiem zostawała skazana na społeczne i zawodowe wygnanie. Da się wyraźnie odczuć, że Burton sympatyzuje z artystką. Jego własne prace wystawiane w nowojorskim Museum of Modern Art przyciągnęły tłumy odwiedzających, a na głowę artysty ściągnęły gromy ze strony krytyków. Być może dlatego Wielkie oczy wydają się być dla niego tak osobistym filmem, w pewien sposób hołdem dla wszystkich artystów, którzy dążą do wyrażania siebie bez względu na to, co myśli o tym cały świat. Pod koniec filmu dowiadujemy się, że Walter zmarł w 2008 roku bez grosza przy duszy, za to Margaret wciąż tworzy. Burton ofiaruje jej swoim filmem najwspanialszą nagrodę – mąż przez lata cynicznie kpił sobie z jej talentu, teraz to ona śmieje się ostatnia.

Polskie DVD Wielkich oczu jest ładnie wydane, ale niestety bardzo ubogie. Dystrybutor nie zadbał o żadne dodatki – w ładnym, animowanym menu otrzymujemy jedynie zwiastun i wybór scen z filmu (plusem jest to, że znajduje się wśród nich wymowna scena procesu). To wydanie aż prosi się o dodatkowe materiały – wywiady z prawdziwą Margaret, zdjęcia, materiały z planu, być może jakieś archiwalne dokumenty? Szkoda, że nie pomyślano o tym na etapie przygotowania wydania – byłaby to nie lada gratka dla polskiego widza.



blog comments powered by Disqus