Poradnik depresyjnego myślenia – recenzja filmu „Birdman”

Gdy zbliża się sezon nagród, a atmosfera oscarowego wariactwa już unosi się w powietrzu, nietrudno popaść w szaleństwo, jakie często rozpętuje się w szeroko pojętych mediach. Tyle nominacji do Oscara, obsypany nagrodami, istny majstersztyk! – krzyczą nieraz nagłówki. Nie można dać się zwieść filmowej opinii publicznej. Trzeba za to wykazać obiektywne, świeże podejście do obrazów, które co roku stają się ulubieńcami Akademii ze względu na swój charakterystyczny wydźwięk kulturowy tak odpowiadający amerykańskim gustom. Na Birdmana warto było czekać, ale skąd pewność, że zasługuje na to, by zgarnąć wszystkie najważniejsze nagrody?

Riggan Thomson był na szczycie wiele lat temu, kiedy to wcielił się w legendarną postać superbohatera Birdmana. Teraz jego kariera wisi na włosku, a jedyną szansą Riggana na spektakularny powrót jest produkcja sztuki teatralnej, która ma przypomnieć światu o jego wielkości. Riggan nie ma jednak pojęcia o tym, co robi, cierpi na depresję i walczy z koszmarnymi tworami własnej wyobraźni – wszystko po to, by znów być docenianym i uwielbianym. Teatr, w którym trwają przygotowania do sztuki, staje się sceną rodzinnych rozgrywek, pełnych zazdrości i chorej ambicji podstarzałego aktora podejmującego desperackie próby przekonania samego siebie, że jest jeszcze cokolwiek wart.

Alejandro González Iñárritu nie może pochwalić się urozmaiconą filmografią. Widzowie kochają go za takie filmy jak Biutiful albo 21 gramów, ale wielu zalazł solidnie za skórę, chociażby niesławnym Babel. W swojej najnowszej produkcji bada nowe terytoria i śmiało zapuszcza się na nieznane wody, jak na filmowca przystało. Dokonał eksperymentu kinowego, w którym przetransportował film w świat postmodernistycznego teatru. Nie można odmówić mu odwagi, zacięcia i umiejętności. Birdman to widowisko meta-narracyjne opowiadające o aktorach i naturze współczesnego, pełnego hipokryzji i zakłamania świata filmowego. Aktorzy grają tu kolejnych aktorów, prowadząc świadomy dialog o naturze swojej profesji, o tym, co znaczy być na szczycie i jak dążyć do sukcesu. W ten sposób mamy do czynienia z obrazem, który celowo zrywa kotarę filmowej iluzji i podaje bezpośredni, trudny obraz aktorstwa wraz z jego wszelkimi brudami, fałszem i zakłamaniem. Ta szczerość zasługuje na pochwałę. Podobny dualizm odnosi się także do rzeczywistości dzięki konwencji realizmu magicznego. Dla Riggana fikcja miesza się ze światem realnym, jego marzenia swobodnie przenikają do prawdziwego świata i na odwrót, tworząc doskonałą ilustrację jego depresji i schizofrenii, na jaką cierpi za sprawą swojego mrocznego alter ego. Inspiracji do realizacji Birdmana można szukać w postmodernistycznej sztuce Arthura Millera Śmierć komiwojażera, wraz z jej relatywnym pojęciem czasu i krytyką społeczną. Alejandro González Iñárritu umieszcza jedynie swoje dzieło w świecie filmu, by poddać go okrutnej ocenie. Trudno sklasyfikować Birdmana w jakikolwiek sposób, ale można z pewnością stwierdzić, że jest satyrą i groteskową komedią dotyczącą małego światka aktorskiego ogarniętego obsesją na własnym punkcie. Można go podziwiać, ale niekoniecznie kochać.

Reżyserowi nie zabrakło ambicji, uczynił bowiem ze swojego dzieła prawdziwe techniczne cacko. Obraz wydaje się jednym, niekończącym się ujęciem, każda scena zaś imponuje niczym perfekcyjnie odegrana choreografia. To oczywiście iluzja, bo cięcia są bardzo dobrze zakamuflowane w ostatecznym montażu. Wiele mówi się o muzyce, która składa się praktycznie wyłącznie z perkusji, w moim odczuciu jednak Antonio Sanchez nie wprowadza swoimi kompozycjami do filmu żadnego napięcia, może odrobinę dynamizmu i poczucia oddalenia od rzeczywistości. Nie chodzi tu przecież o perkusję. Jeśli tematem filmu jest teatr, to tak jak w teatrze, paliwo stanowią aktorzy i elektryzująca chemia między nimi.

Rolę Michaela Keatona traktuje się jako comeback, a tytułowego Birdmana nieraz wiązano z Batmanem. Jak wiadomo, rola superbohatera może być dla aktora zarówno błogosławieństwem, jak i klątwą przez całe życie. Keaton doskonale odkrywa wszelkie niuanse swojej postaci i z finezją przemienia się z potulnego, uległego Riggana w spluwającego przekleństwami hipochondryka. Aktor tryska charyzmą i entuzjazmem dla swojej roli, błędem byłoby jednak skupienie się tylko na jego zasługach, reszta obsady bowiem nie odstępuje mu ani na krok. Edward Norton okazał się porywający w roli utalentowanej gwiazdy Mike’a, a śmiertelne pojedynki spojrzeń między nim a Keatonem są bezcenne. Wydaje się, że ta para niesie na swoich barkach cały bagaż emocjonalny filmu, co znów jest błędem. Zach Galifianakis, choć trudno w to uwierzyć, objawił wyjątkowo trzeźwe podejście do roli i zagrał agenta Riggana z ogromną wiarygodnością. To nie koniec. Andrea Riseborough, Emma Stone i Naomi Watts dopełniają obsadę solidnymi kreacjami, prezentując swoje własne, indywidualne i wyraziście nakreślone postaci kobiece, które ścierają się z pozostałymi bohaterami w nieustającym cyklu kłótni i wewnętrznych rozterek. Skupienie zachwytów tylko na Michaelu Keatonie byłoby zatem wielkim przeoczeniem.

Wszystko to już tworzy wizję Birdmana jako idealnego filmu oscarowego, który skutecznie zapisze się w historii kina. Daleko mu jednak do perfekcji. Choć zrealizowany z wielką werwą przez reżysera, który nie bał się podjąć ryzyka, jakim był kinowo-teatralny eksperyment, film cierpi jeśli chodzi o zaangażowanie emocjonalne widza. Problem tkwi w głównym bohaterze. Kreacja Riggana jako zakłamanego, egocentrycznego i narcystycznego aktora powoduje również poczucie frustracji u widza, który nie potrafi przecież wspierać bohatera w jego desperackiej misji odrodzenia się jak feniks z popiołów. Birdman prezentuje kino uwielbiane przez amerykańską publiczność znającą filmowe środowisko doskonale i lubiącą nieco zbyt wygadane, zbyt zapatrzone w siebie i samo-gratyfikujące się obrazy w stylu American Hustle, które dla europejskiego widza momentami mogą trącić pretensjonalnością.

Birdman to film, który będzie polaryzować publiczność, można go uwielbiać albo nie znosić. Warto wybrać się do kina i podyskutować o swoich odczuciach. To przecież zadanie każdego dobrego filmu – prowokować silne reakcje.


blog comments powered by Disqus