Król znad Wisły - recenzja filmu "1920 Bitwa Warszawska"

Wkrótce minie trzydzieści siedem lat temu od momentu gdy Potop Jerzego Hoffmana znalazł się w gronie pięciu obrazów nominowanych do Oscara w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Od tamtej pory autor kinowej wersji sienkiewiczowskiej Trylogii wyreżyserował siedem produkcji, lecz żadna z nich nie sięgnęła po najwyższe laury nawet w krajowych konkursach. Mimo sędziwego wieku Hoffman nie złożył jednak broni, co więcej porwał się na realizację pierwszego europejskiego blockbustera 3D – 1920 Bitwa Warszawska.

Na ekranie oglądamy romantyczną opowieść o ludziach zamieszanych w zawieruchę wojny polsko-bolszewickiej roku 1920, której przełomowym momentem była klęska Armii Czerwonej pod Warszawą znana jako "Cud na Wisłą". Do współpracy przy realizacji zdjęć stereoskopowych Hoffman zaprosił, również mającego na koncie oscarową nominację, Sławomira Idziaka, który zdjęciami do Helikoptera w ogniu udowodnił, że świetnie czuje atmosferę pola walki. I rzeczywiście - warstwie technicznej filmu nie można wiele zarzucić – może jedynie, momentami niepotrzebny, nadmiar. Tym niemniej całość okazuje się sztuką dla sztuki, której nie wspiera żaden solidny fundament fabularny.

Twórcy filmu żonglują wątkami, co rusz urywając je w najmniej spodziewanych momentach i wprawiając widza w konsternację (w bitewnym zamęcie główny bohater znika nagle z ekranu na mniej więcej pół godziny). Widać wyraźnie, że ekranowa historia pisana była z myślą o telewizyjnym serialu, a jego kinowa wersja to rozchodzący się w szwach kolorowy patchwork.

Cierpi na tym nie tylko linia fabularna, ale też nadbudowa historyczna. Z ekranowego chaosu ciężko wywnioskować o co chodziło w Bitwie Warszawskiej i jaki był jej przebieg. Twórcy wolą zalewać nas katopatriotycznymi obrazkami, jak np. zrealizowana w slow motion scena, w której ksiądz Ignacy Skorupka trafiony pociskami upada wypuszczając z rąk krzyż, z którym szedł przeciw sowieckim zastępom. W wyciskaniu, przewidzanych zapewne w tym miejscu w scenariuszu, łez publiczności ma pomóc nieznośnie pompatyczna muzyka Krzesimira Dębskiego.

Nakreśleni naprędce, z pominięciem ekspozycji, bohaterowie pozbawieni są wdzięku i charyzmy, które mogłyby uwieść widza. Natasza Urbańska udowadnia, że kinowy ekran jest jej przyjazny jedynie, gdy śpiewa. Co gorsza do jej aktorskiej formy dopasowuje się Borys Szyc, zaś postaci drugoplanowe, z odwarzanym przez Daniela Olbrychskiego Piłsudskim na czele, wręcz rażą swoją (niezamierzoną) karykaturalnością. Manierze przeszarżowania nie ulegają jedynie Bogusław Linda (pułkownik Wieniawa-Długoszowski) i Adam Ferency (czekista Bykowski). Jednak ich starania giną w zderzeniu z konwencją przypominającą najgorsze koszmary telewizyjnego teatru faktu. W miejsce zapowiadanego fresku o wielokuturowej Polsce lat 20. XX wieku dostajemy „duszo i sierce szczipatielnyją” agitkę, jakiej zrzucania na tyły wroga nie powstydziliby się zapewne radzieccy propagandziści.

Amerykańscy filmowcy, chyba jako jedyni na świecie, potrafią z przymrużeniem oka podchodzić do swoich porażek i nie oburza ich, wypadająca tuż przed Oscarami, ceremonia rozdania Złotych Malin – wyróżnień dla najgorszych produkcji sezonu. Gdyby i one miały charakter międzynarodowy, w Bitwie Warszawskiej upatrywać by można zdecydowanego faworyta najbliższej edycji, a Hoffmanowi przyszłoby zapewne dzierżyć koronę Malinowego Króla.


blog comments powered by Disqus