Teledysk z historii - recenzja filmu "1920 Bitwa Warszawska"

Ostatnimi laty toczymy wielki narodowy dyskurs pod hasłem: jak mówić o historii? Bo to, że mówić trzeba i chcemy – wbrew natrętom domagającym się „grubych kresek” – jest faktem niezbitym i chwalebnym. Problem w tym, że już w samej naturze owego dyskursu tkwi inny, znacznie bardziej dramatyczny spór tożsamościowy – każdy ma owej historii wizję własną, „jedynie słuszną”, co jest wprost skutkiem lansowanych przez „hollywoodzką metodę” jej ukazywania – obraz „równych gości”, którzy wygrywają wojny by odjechać w kierunku zachodzącego słońca. Co gorsza w tejże wizji istnieją tylko dwie opcje – dobry-zły, prawy-lewy, my-oni. To chyba najgorsze i wciąż przynoszące żniwo, bo zakorzenione w głowach kilku pokoleń spustoszenie – myślenie w prostych kategoriach „klasowych”: swój-wróg. Na tym tle oczekiwana i – co było już z góry wiadome – kontrowersyjna Bitwa Warszawska w reżyserii Jerzego Hoffmana była omalże z góry skazana na porażkę. Tymczasem, przez swój rozmach film ten w dyskusji nad powikłanymi polskimi drogami jest głosem istotnym.

Kiedy przebrnie się już przez sito zhollywodziałych przyzwyczajeń i nabrzmiałych jak wrzód oczekiwań, (jak bardzo on boli udowodniły opinie po Ogniem i mieczem) pozostajemy z nagą prawdą: Hoffman skręcił teledysk do ważnego fragmentu naszych dziejów. Nieco rwany, osnuty na błahej historyjce, ale zgrabny, i „podnoszący na duchu”, co w czasach coraz bardziej rozmytej tożsamości i kultu kosmopolitycznej jednostki nie jest bez znaczenia. Jeżeli wszelako ktoś spodziewa się tu rozpasanego, superbohaterskiego szoł (zob. Mel Gibson machający Star-Spangled Bannerem w finale Patrioty), może od razu sobie odpuścić. Podobnie zresztą, jeśli oczekuje sensacyjnej fabuły czy oszałamiającej różnorodności plenerów. Mówiąc krótko – to na pewno nie kino dla mżących o wielkobudżetowych magaprodukcjach czy zmanierowanych poszukiwaczy „treści ambitnych”.

Rzecz jest bowiem przede wszystkim o walce. Walce nie opartej wyłącznie na żołnierskim kunszcie (sceny z ks. Skorupką, działania wywiadu, werbowanie ochotników, spory polityczne). Film ukazuje przede wszystkim chaos wojny, która już od lat w kinie „nie jest fajna”. Opisuje obrazem, nastrojem zwycięstwo niebędące wynikiem jednej walnej wiktorii (stereotypowy ogląd Cudu nad Wisłą), ale tryumfu w wielu pomniejszych krwawych starciach rozsianych w czasie i przestrzeni; zwycięstwo, które nie przyszło łatwo i okupione zostało wielkim kosztem. To urywki pewnej rzeczywistości, czasów, o jakich powszechne mniemanie bywa zgoła inne.

Mamy tu zatem potężną dawkę batalistyki przerywanej w zasadzie tylko od czasu do czasu scenami z owego snutego powoli, kruchego wątku miłosnego, życia toczącego się dalej w Warszawie oraz rozgrywających się na zapleczu wojny ostrych sporów politycznych. Tu chyba największy przytyk, a wręcz oskarżenie o manipulację pod adresem reżysera: dlaczego na podłogę montażowni zrzucił potężną część sceny odwiedzin delegacji z Poznańskiego u Piłsudskiego? Pozostała ledwie marna wzmianka ukazująca Wielkopolan jako obstrukcjonistów, podczas gdy jednocześnie na froncie Wojska Wielkopolskie stanowiły jedne z najlepszych, oddziałów, bijących się z wielkim zaangażowaniem.

W rozbuchaną wielowątkowość filmu wyraziście wpisują się aktorzy: wybuchowy, mówiący z „akcentem”, choć może nieco nader wiekowy Piłsudski (Olbychski) znakomicie wszak kontrastujący ze stonowanym, umiejącym „się znaleźć” Wieniawą-Długoszowskim u boku (Linda) czy „rozchełstany” politruk Bykowski (Ferency). A to tylko początek listy tych, którym niekiedy nawet nie w pełni dane było błysnąć kunsztem (Żebrowski „migający” ledwie w tle, jako premier Grabski). Może uda się bardziej uwypuklić, zarysować ich postaci w zapowiadanej wersji serialowej? Dość stwierdzić, że zatrudniona głównie do tego, aby „wyglądać” i śpiewać Natasza Urbańska wygląda i śpiewa znakomicie, a nawet więcej – całkiem nieźle wypada w swej roli, na tle bogatej przecież obsady.

I co z tego, że główny wątek to w zasadzie prościutka miłosna opowiastka, będąca raczej tłem, niż szkieletem całości? Wszak historia Oli (Urbańska) i Jana (Szyc) to tylko portret „jednych z wielu”, przeciętnych młodych ludzi tamtej epoki, których losy, pozornie biegnące po odzyskaniu niepodległości już całkiem prosto, powikłał kolejny konflikt – wojna, której natura w cieplarnianych warunkach współczesności może co poniektórym znów wydawać się „epicką przygodą”. Świetnie nastroje te opisuje jak zwykle „malownicza” sama w sobie, choć tym razem pozbawiona łatwo wpadającego w ucho tematu głównego, muzyka Krzesimira Dębskiego, nawiązująca bogatymi aranżacjami do przedstawianej epoki.

Obcesowe poszukiwanie (amerykańskiego) „głównego bohatera”, którego tu jednoznacznie odnaleźć nie sposób, ujawnia nie tyle słabość wątłej fabuły Bitwy…, ile wskazuje przede wszystkim jak ograniczony, zwulgaryzowany staje się nasz ogląd świata. Pojęcie bohatera zbiorowego jest dziś równie obce jak poczucie jedności, szerszej wspólnoty. Może to nie Hoffman gubi się w narracji, tylko my jesteśmy zapatrzeni w siebie tak, że nie potrafimy spojrzeć na pewne sprawy w szerszej perspektywie?

Czy to się komu podoba, czy nie, Bitwa jest pierwszą polską produkcją 3D, co już zapewnia jej poczesne miejsce w dziejach rodzimego kina. Ale nie bójmy się tego – trzeci wymiar na ekranie widać wyraźnie. Choć może reżyser z poetyką obrazów stereoskopowych nie zawsze jest za pan brat, to ujęcia wplecione, niekiedy właśnie głównie po to, by pokazać głębię, cieszą oko.

I można kręcić nosem, że to nie narodowa epopeja, a „tylko” zbiór obrazów złączonych nicią symbolicznej fabuły. Zgoda, ale warto przy tym spytać czy w pewnym jakby bardziej ponurym kraju nad Wisłą, nie takie „obrazy” właśnie – „ku pokrzepieniu serc” – są znów potrzebne? Zakompleksieni malkontenci będą szukać dziury w całym i znajdą ją bez problemu. A tym, którzy dumni są ze swej polskości, obejrzenie Wojny… kolejną cegiełkę do owej dumy i tak dołoży.



blog comments powered by Disqus