"Czarna Pantera" - recenzja filmu

Dramat o afrykańskim królu czy film akcji?

Czarna Pantera recenzjaCzarna Pantera to jeden ze średnich kroków naprzód. I nie chodzi mi tutaj o ogólnie pojętą kinematografię, a nawet jej superbohaterską gałąź, ale o samo Marvel Cinematic Universe i obecny stan „trykociarskiego” kina. W ostatniej dekadzie takimi krokami były między innymi filmy o Batmanie Christophera Nolana, Avengers, Deadpool, Wonder Woman czy Logan. Historia o królu Wakandy pomimo, że ma wiele cech marvelowskiej produkcji, niewątpliwie może być kolejnym takim małym momentem przełomowym.

Jeśli ktoś twierdzi, że jak dotąd nie mieliśmy filmu o czarnoskórym superbohaterze, to jest w dużym błędzie. Owszem, mieliśmy takie produkcje i warto tutaj podeprzeć się chociażby przykładem obrazu na podstawie komiksów Marvela, czyli Blade ‒ Wieczny Łowca sprzed prawie dwudziestu lat, w którym to główną rolę sportretował Wesley Snipes. Natomiast opowieść  o T’Challi to pierwszy tego typu projekt blockbusterowy =odnoszący się do afrykańskiego „superbohaterowania” i kładący spory nacisk na aspekty skomplikowanej historii i jej echa w postaci polityki.

Czarna Pantera recenzja

Jak już zostało to wcześniej podkreślone akcent na sprawy polityczne jest tutaj dość duży i zarazem nie tak oczywisty jak w innych ekranizacjach komiksów Marvela. Studio postanowiło postawić tym razem na poważnego i bardziej dojrzałego odbiorcę. Fabuła przedstawia nam zmienioną linię czasową (podobnie w komiksowych pierwowzorach), w jakiej to pewien region Afryki cieszył się z dobrodziejstwa surowca o nazwie Vibranium i tym samym rozwinął się technologicznie, ale też stał autarkią odizolowaną od reszty świata. Obecny czas globalnej wioski zmusza dopiero co wstępującego na tron księcia T’Challę do przemyślenia, czy tradycyjna polityka sprawdzi się wobec nowych wyzwań. Tym bardziej, że jak dotąd nie wszyscy czarnoskórzy mieli proste i łatwe życie, a negatywne skutki kolonializmu, mimo wszystko są do dziś obecne między nimi. Ryan Coogler nienachlanie nakreśla wiele problemów związanych z byciem imigrantem w obcym kulturowo państwie (zwłaszcza na przykładzie afroamerykańskiej społeczności),  równolegle obrazując też istny dramat na wzór Szekspira, w którym ukazuje jak ciężko być dobrym władcą, zwłaszcza kiedy ma się dobre serce.

Bohaterowie to silna baza tej ekranizacji. W protagonistę wcielił się Chadwick Boseman, odgrywając naprawdę przekonująco determinację w walce o Wakandę, a także każdą łzę na swoim policzku. Mimo wszystko trzonem produkcji jest tutaj żeńska obsada w postaci trzech najważniejszych kobiet w życiu młodego króla. Jak widać siła oddziaływania Wonder Woman pozostaje nadal duża. Najbardziej „afrykańsko” zagrała  Danai Gurira jako pani generał Okoye, najmniej zaś Lupita Nyong’o, choć swoim charakterem odgrywana przez nią Nakia dorównywała ostrości pazurów pantery. Największym zaskoczeniem była Letitia Wright czyli Shuri. Młoda aktorka dopiero co zaczyna podbijać Hollywood, a w sposób przekonujący widownię sportretowała członka królewskiej rodziny i nadwornego inżyniera. W przyszłości to właśnie ta kreacja może stanowić ekranowy ideał superbohaterki dla dorastającego pokolenia dziewczynek. Dla wszechobecnej poprawności znalazło się też miejsce dla dwóch białych, w tym znanego z Wojny bohaterów agenta Rossa, którego przedstawił Martin Freeman. Jego rola sprowadzała się jednak głównie do paru śmiesznych wstawek, oraz ukazania podziwu reprezentanta białej społeczności wobec dokonań czarnoskórych.

Black Panther recenzja

Nie zapominajmy też o przeciwnikach, których dostajemy w liczbie trzech. Taki zabieg może budzić pewne zarzuty, ponieważ podobnie uczyniono w Niesamowitym Spider-Manie 2, gdzie Rhino stanowił tylko klamrę kompozycyjną trwającą dosłownie parę minut. Tutaj sprawa jest zgoła inna. Każdy bohater ma swój czas. M’Baku znany w komiksach jako Man-Ape odegrany przez Winstona Duke’a świetnie przedstawia siłę opozycyjną wobec T’Challi, a gdy trzeba okazuje pełny szacunek swojemu przeciwnikowi Czarnej Panterze. Na pierwszy plan wybijają się jednak Serkis i Jordan. Drugi biały człowiek jest przeciwieństwem Rossa i ucieleśnieniem niezrozumienia wobec afrykańskiego dziedzictwa. Jako Ullysses Klaue przyjmuje też maskę chaotycznego i roześmianego zła. Micheal B. Jordan w roli Erika Killmongera pcha zaś fabułę do przodu i to on pozostaje wybitną esencją zła, jaka narodziła się z doświadczonych krzywd. Tak przekonującego złoczyńcy brakowało Marvelowi. Motywacje głównego antagonisty są jasne i ukazują błędy popełnione przez tron Wakandy, co zmusza superbohatera do przemyśleń i zmiany, bowiem to on ma tutaj głos całej społeczności, którą reprezentuje. Wyraża gniew czarnoskórych wychodowany na niewolnictwie, rasizmie oraz braku sprawiedliwości dziejowej.

Przyznam szczerze, że na początku kiedy posypały się pierwsze żarty, byłem lekko zawiedziony, że znowu dostaję film familijny, a przecież reklamowano go jako coś zupełnie innego. Na całe szczęście te dowcipy nie występowały w tak dużej częstotliwości i dobrze wpisywały się w prezentowaną akcję. Podobnie miałem mieszane uczucia, gdy zobaczyłem dość silny amerykański wątek, a liczyłem, że twórcy skupią się tylko na Afryce. Cóż, okazało się, że było to bardzo spójne i przemyślane. Ktoś mógłby się również doczepić, że Wakanda nie jest wcale taka afrykańska, jednakże warto podkreślić, że posiada charakter afrofuturystyczny, a mimo wszystko jej tradycyjny duch plemienny bije z każdego zakątka tego kraju podczas projekcji w kinie. Dodam też, że soundtrack  mnie oczarował jeszcze przed premierą filmu, zaś podczas seansu utwory dopełniały opowiadaną historię. Chyba jedyne, co można zarzucić Czarnej Panterze, to miejscami mało przemyślane i dopracowane CGI, które podczas finałowych scen jest tak widoczne, że od razu wiemy, iż nie mamy do czynienia z plenerem Czarnego Lądu.

Reżyser, dzięki lekkości prowadzenia fabuły i zamiłowania do poruszania społecznych kwestii na ekranie, stworzył dzieło o swoich czarnoskórych braciach dla zachodnich odbiorców kultury masowej. Dzięki temu otrzymujemy poprawny politycznie film, który chce się oglądać i to nie tylko ze względu na zapierającą dech w piersiach Wakandę dość wiernie odwzorowaną z komiksów, ale też dzięki świetnemu mieszaniu akcji z science fiction i political fiction.

Korekta: Damian "Nox" Lesicki


blog comments powered by Disqus