Hołd dla Petera Jacksona

plakat filmu Hołd dla Petera Jacksona

W filmowym kontekście Nowa Zelandia większości z nas kojarzy się raczej z pięknymi plenerami amerykańskich filmów niż poważną kinematografią. Jednak pomimo oczywistego faktu, że kraj ten potęgą kinową nie jest, na tymże krańcu świata powstały w ostatnich latach tak interesujące produkcje jak Fortepian czy River Queen. Pomimo talentu Vincenta Warda i innych twórców z małej wysepki, kino Nowej Zelandii kojarzone jest głównie z nazwiskiem Petera Jacksona, twórcy przebojowego Władcy Pierścieni. Kto zajrzał w filmografię tego pana, ujrzał, że początki jego kariery znaczyły amatorskie produkcje spod znaku gore. I to nie byle jakiego, bo kręconego z uśmiechem na ustach i mającego na celu owy uśmiech wywołać u widza. I właśnie temu etapowi historii nowozelandzkiego kina postanowił oddać hołd reżyser Czarnej Owcy Johnatan King.

Niestety, już na wstępie tegoż tekstu można z czystym sumieniem przyznać, że nazwisko King będzie nadal kojarzone z imieniem Stephen, a nie Johnatan. Czarna Owca, po szumnych zapowiedziach, okazuje się mało zabawną produkcją nie mającą wiele wspólnego z niemal doskonałymi wczesnymi filmami Jacksona. Z uwagi na oczywisty fakt, że wiele tak zwanych „komedii grozy” nie może pochwalić się wspaniałą historią, przymknijmy oko na owo niedociągnięcie i w Czarnej Owcy. Główny bohater, Henry, cierpiący na paniczny strach przed owcami, który ma korzenie w traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa, powraca po latach na rodzinną farmę. Przed kierowaną przez jego brata hodowlą owiec rysują się znakomite perspektywy mające przynieść znaczne profity finansowe. Coś za coś – psychofizyczny rozwój owiec wspomagać mają syntetyczne specyfiki o składzie znanym chyba tylko najzagorzalszym fanom domowego bodybuildingu. Cały eksperyment bierze w łeb, kiedy protoplasta rodu owczych supermenów ucieka z labolatorium gryząc i kąsając. Efekty są bardziej opłakane niż na wyspie doktora Moreau - owcem, tfu, owocem tychże działań są rzesze wściekłych, puszystych stworzeń, które albo zjadają napotkanych ludzi, albo zmieniają ich w dziwaczne „owcołaki”.

Wykorzystanie owiec i baranków, stworzeń kojarzonych z łagodnością i czystością, jako morderczych i żądnych krwi odmieńców czyhających za każdym płotem i drzewem na dorodny okaz rasy ludzkiej nieopatrznie wkraczający na ich terytorium? Doskonały pomysł. Sam pomysł to jednak o wiele za mało. King przez całe kilkadziesiąt minut nie wie jak pociągnąć akcję dalej, wręcz możemy wyobrazić sobie reżysera biegającego po planie i krzyczącego do ekipy „może spróbujemy tutaj, a może tam, a teraz to, a teraz tamto” .Niezdecydowanie – to grzech główny twórców Czarnej Owcy, filmu który ani nie jest komedią, ani gore, a w założeniach miał być i jednym i drugim. Humoru sytuacyjnego praktycznie brak, nawet malutkie owieczki atakujące obnażone gardła nie bawią, a miał to być as atutowy Kinga. Zabawnych przepychanek słownych także deficyt, nie licząc dywagacji na temat metanu towarzyszącemu wydalaniu gazów przez owce. Horroru i terroru także niewiele. Mimo, iż nie było co liczyć na masakry przy użyciu kosiarki, jak bywało to u Jacksona, w Czarnej Owcy dostęp do scen rodem z makabreski blokuje nam albo przejście montażowe, albo kamera uciekająca w inne miejsce. Innymi słowy, chcąc zadowolić wszystkich, King nie usatysfakcjonował chyba nikogo.

Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma – jak głosi znane powiedzenie. Ostatnimi czasy mało komedii z dreszczykiem mieliśmy okazję zobaczyć w Polsce. Lepiej jednak po raz kolejny chwycić płytę z Wysypem żywych trupów lub Krwawą ucztą, bądź też sięgnąć dwadzieścia lat wstecz po Fright Night i filmy Jacksona niż tracić czas na Czarną Owcę. W nowozelandzkim stadku ten film zapewne nią będzie.


blog comments powered by Disqus