Recenzja filmu "Brick Mansions. Najlepsi z najlepszych"

Autor: Redil

10 lat po premierze francuskiego hitu 13 dzielnica, w którym specjalista od parkoura David Belle cieszył wzrok pragnących bezkompromisowej akcji i rozwałki fanów, na ekrany naszych kin wchodzi Brick Mansions – anglojęzyczny remake tamtego filmu. Co prawda Stany Zjednoczone nie miały udziału w produkcji, ale mimo to widać, że obraz nastawiony jest przede wszystkim na odświeżenie historii i dotarcie do amerykańskiego widza. Fabuła jest niemal identyczna jak ta w pierwowzorze, akcję przeniesiono jednak z Paryża do Detroit, grupkę francuskich gangsterów zastąpili czarnoskórzy Amerykanie, zaś kapitana policji, w którego w oryginale wcielał się Cyril Raffaelli, zagrał tym razem tragicznie zmarły niedawno Paul Walker. Wśród aktorów jedynie David Belle pozostał na swoim miejscu. Występ tutaj to ostatnia w pełni ukończona rola Walkera, co niewątpliwie stanowi najmocniejszy chwyt marketingowy tego nie do końca udanego dzieła.

Podobnie jak w przypadku oryginału, fabuła jest pretekstowa i ma służyć dobrej zabawie. Na terenie strefy wydzielonej w dzielnicy Detroit króluje bezprawie i handel narkotykami; regularnie dochodzi tam do walk gangów. Gdy boss podziemia zdobywa głowicę nuklearną, agent Damien musi przedostać się do getta i rozbroić rakietę. Na miejscu znajduje sobie sprzymierzeńca w postaci zwinnego Francuza.

Reszta to już w zamierzeniu po prostu czysta akcja, tu nikt nie powinien pytać, co, jak i dlaczego, wystarczy patrzeć i podziwiać. Niestety rzeczywistość nie jest tak kolorowa, jak mogłoby się wydawać. Brak reżyserskiego doświadczenia u stojącego za kamerą Camille’a Delamarre’a jest aż nadto widoczny w każdej scenie, w której scenariusz przewiduje cokolwiek innego niż bijatykę. Twórca zajmujący się dotychczas montażem filmów sensacyjnych (Colombiana) radzi sobie jeszcze jako tako ze scenami pościgów czy strzelanin, lecz ponosi klęskę tam, gdzie do głosu dochodzą aktorzy. Ci wypadają raczej mizernie - nikt nie pokusił się, aby tchnąć w swoich bohaterów choćby odrobinę życia. W rezultacie Brick Mansions ma do zaoferowania kiepską fabułę, fatalną grę aktorów i naprawdę fajne popisy akrobatyczne Davida Belle’a. Dla tego ostatniego dzieło Delamarre’a w ogóle chce się oglądać.

Winą za taki stan rzeczy można obarczać słabiutki scenariusz, za który – tak jak w przypadku 13 dzielnicy – odpowiada Luc Besson (swoją drogą, patrząc na jego dokonania w ciągu ostatnich kilkunastu lat - zarówno jako producenta, reżysera czy scenarzysty - aż trudno uwierzyć, że ten człowiek dał kiedyś światu Leona Zawodowca). We francuskiej wersji można było dostrzec pewną charakterystyczną zadziorność i bezkompromisowość – tam nikt nie brał tej historii na poważnie, fabuła prowadzona była z iście komiksowym dystansem, a bohaterowie zostali wyraźnie przerysowani. Delamarre i jego aktorzy nie potrafią podejść do podobnego scenariusza tak jak 10 lat temu Pierre Morel. Tutaj twórcy silą się na wymuszoną i całkowicie niepotrzebną powagę, zaś w jej chwilowym zawieszeniu nie pomagają wcale sztywne dialogi i nieudane one-linery. Gangsterzy wykłócający się o paczkę chipsów w tym kontekście wyglądają po prostu żałośnie. Niemal wszyscy antagoniści zachowują się jak banda przerośniętych dzieciaków. Jak zatem przekonać widza, że mogą być niebezpieczni? Najlepiej każąc im kogoś zabić. W ten sposób na ekranie rodzi się dysonans, na który z trudem się patrzy.

Ostatecznie Najlepszy z najlepszych powinien się obronić widowiskowymi scenami akcji, lecz wcale tego nie robi. Nawet mimo większego budżetu i 10 lat różnicy, ten film wygląda po prostu znacznie gorzej niż 13 dzielnica. W tym względzie obraz Delamarre’a nie zaoferuje widzom nic więcej, niż podrzędne kino klasy B. Kopaninom i strzelaninom towarzyszy muzyka mająca tyle wspólnego ze świeżością, co samo Brick Mansions.

Tego rodzaju produkcje ogląda się wyłącznie dla rozrywki, ale nawet w takich kategoriach trudno Brick Mansions polecić komukolwiek. Być może jedynie fanom Paula Walkera. Lepszym wyjściem będzie ponowne sięgnięcie po 13 dzielnicę, która nawet pomimo swej naiwności i fabularnych bzdurek, posiada cechy świadczące dzisiaj o jej wysokim statusie pośród europejskich sensacyjniaków. O dziele Delamarre’a już za miesiąc nikt nie będzie pamiętał.


blog comments powered by Disqus