Schematyczny niszczyciel - recenzja "Domu w głębi lasu"

Autor: Falleen

Branża tworząca filmy mające na celu dostarczać swym odbiorcom momenty pełne grozy od kilkunastu lat cierpi na brak nowatorskich pomysłów. Wydawać by się mogło, że stworzenie filmu przesiąkniętego strachem nie powinno stanowić większego problemu. Istniejąca możliwość w doborze tematu i mrocznej scenerii ograniczanej wyłącznie wyobraźnią twórców powinna w teorii owocować różnorodnymi dziełami mrocznej sztuki filmowej. Jednak umysły setek reżyserów z całego świata zostały przesiąknięte schematami, które skrupulatnie niszczą radość z oglądania krwawych scen, równocześnie sprawiając, że tematyka horrorów staje się tematem tabu wśród wytwórni filmowych. Dlaczego więc nie zrobić produkcji, która szyderczo, a wręcz nachalnie zadrwi z zagrywek i motywów do znudzenia powtarzanych w każdym filmie noszącym miano horroru? Z takiej właśnie koncepcji narodziło się dzieło Drewa Goddard’a pod tytułem Dom w głębi lasu.

Początek taki jak wiele innych. Grupa studentów wyrusza na wyprawę do tytułowego domu, który ukryty wysoko w górach, stanowi idealne miejsce na skromną libację alkoholową. Goddard wrzucając tak perfidnie oklepany motyw na sam początek filmu nie mógł się powstrzymać od dodania drugiego, ściśle związanego z pierwszym. Mianowicie odstraszające wyglądem miejsca, w którym główni bohaterowie muszą się zatrzymać w celu otrzymania przestrogi przed celem, do którego zmierzają. W filmie Goddard’a ową rolę pełni stacja benzynowa wraz z jej nieprzyjemnym właścicielem. Tradycja w schematach to rzecz święta, więc główni bohaterowie ignorują otrzymaną przestrogę i wyruszają na pewną śmierć.

Reżyserowi Domu w głębi lasu w niespełna dwadzieścia minut udało się przekonać widza, że film, który ogląda, w niczym go nie zaskoczy. Twórca podtrzymuje to stwierdzenie wrzucając kolejne złote zasady panujące w horrorze. Raczy widza scenami lekko owianymi erotyzmem, jak przystało na film ze studentką w roli głównej, a chwilę później, po sekwencji wydarzeń zwiastującej rozpoczęcie się głównego wątku, pada stwierdzenie będące klasyką gatunku, mianowicie „rozdzielamy się”. Reżyser postanowił nie ograniczać się w kwestii ilości wyśmiewanych schematów, więc zadrwił z największego z nich. Mianowicie z budowanego przez cały film patosu mającego na celu bieżące uświadamianie widza, w jak tragicznej sytuacji znajdują się główni bohaterowie. Twórca Dom w głębi lasu zakpił z tego zwyczaju wplatając w krwistą sielankę studentów tzw. sceny biurowe. Zaangażowani do roli dwóch pracowników biura Richard Jenkins i Bradley Whitford w przeciągu kilkunastu scen zdobyli uznanie widzów za wykreowanie najbardziej ironicznych oraz komediowych postaci filmu, które poza krytykowaniem kolejnego pomysłu zombie jako sposobu zabijania pilnują, żeby główni bohaterowie umierali wedle ścisłego schematu.

Goddard oddał się kpiącemu rytuałowi, jakim miał być film mniej więcej przez godzinę emisji. W tym czasie zdążył zrodzić w umysłach odbiorców przekonanie, że już nic nie jest w stanie ich zaskoczyć, a fabuła dzieła, wraz z mrocznym zakończeniem, jest im całkowicie znana. Wtedy właśnie na ekranie zaczyna się jawić genialnym fortel twórcy, który zrównuje z ziemią rozumowanie większości widzów. Po pięćdziesięciu minutach schematycznego bełkotu, widz otrzymuje dawkę wszystkiego, czego nie mógł się w najmniejszym stopniu spodziewać. Akcja do granic możliwości zostaje przesiąknięta chorą wyobraźnią reżysera oraz ilością krwi, która dorównuje scenie otwarcia wind z kultowego dzieła Stanleya Kubricka. Poziom chaosu zaoferowany widzowi przez Goddard’a przytłacza w przeciągu kilku sekund. Wszystkie spekulacje dotyczące losu bohaterów oraz ogólnego zarysu fabuły odchodzą w niepamięć. Do samego końca widz wyczekuje kolejnej dawki zaskoczenia równocześnie oddając się podziwianiu rzezi, której wyrafinowanie przewyższa wszelkie oczekiwania.

Drew Goddard podejmując się zrealizowania swej nowatorskiej koncepcji spodziewał się chłodnego przyjęcia zarówno przez krytyków, jak i widzów. Lecz fakt, że film zyskał miano jednego z najgorszych filmów 2011 roku przekroczyło jego oczekiwania. Widzowie oskarżyli reżysera o powielanie dobrze znanych pomysłów i brak jakiegokolwiek wkładu własnej twórczości. Ironią jest fakt, że film, który według koncepcji miał uświadomić widza o braku innowacji w branży filmów grozy, sam został podciągnięty pod to miano. Dzieło Drewa Goddard’a bez większych złudzeń stanowi swoisty kamień milowy w sztuce straszenia odbiorców. Mimo złych recenzji i opinii o filmie, dzieło wywarło ogromny nacisk na przyszłych twórców, dając im do zrozumienia, że setna wyprawa grupy osób do miejsca zlokalizowanego na odludziu bardziej już śmieszy niż straszy.


blog comments powered by Disqus