"Śmietanka towarzyska" - recenzja filmu

Autor: Korni

Nagraj to jeszcze raz, Woody 

Większość filmów Woody’ego Allena, które w ostatnich latach pojawiają się w kinach, jest promowana sloganem „najlepsza komedia reżysera od lat!”. Widz idzie na seans z nadzieją, że tym razem spece do marketingu mają rację. Niestety, niebezpodstawna jest szerząca się wśród fanów twórcy opinia, że jedynie co trzeci film Allena jest dziełem na miarę jego możliwości.

Najnowsza produkcja reżysera pod tytułem Śmietanka towarzyska przenosi nas w cudowne lata 30. XX wieku. Bobby (Jesse Eisenberg) to młody chłopak, który pełen marzeń i aspiracji przyjeżdża do Hollywood. Podejmuje pracę u swojego wuja Phila (Steve Carell), wpływowego producenta, gdzie poznaje sekretarkę Vonnie (Kristen Stewart). Uparcie zabiega o jej względy, ale dziewczyna – zakochana po uszy w innym mężczyźnie – odrzuca jego zaloty. W końcu los się do Bobby’ego uśmiecha, ale serce Vonnie nie jest w stanie wytrwać przy jednym mężczyźnie.

Woody Allen ze swoim Cafe Society (oryginalny tytuł produkcji) otwierał tegoroczny, 69 już, festiwal filmowy w Cannes. To dość kuriozalna sytuacja, gdyż Allen w najnowszym obrazie kreśli nadętą aktorską sferę towarzyską i jej przejawy snobizmu. Nie przeszkodziło mu to jednak w dumnym kroczeniu po czerwonym dywanie, co zresztą wyśmiał w udzielonym po gali wywiadzie. Fanów reżysera nie powinno to jednak dziwić – twórca potrafi zaskakiwać. Tak jak doborem obsady do swojego najnowszego filmu. Po nieudanym występie Eisenberga w produkcji Allena z 2012 roku (Zakochani w Rzymie) powierzenie mu postaci głównego bohatera było sporym ryzykiem. Eisenberg popełnił w międzyczasie kilka dobrych ról, które pozwoliły mu na szlifowanie aktorskich umiejętności. Po dobrych udziałach w filmach Sobowtór czy Daleko ci do sławy w Śmietance towarzyskiej wypada nad wyraz przekonująco. Bobby to kalka postaci ze starszych filmów Allena – niepewny siebie i zagubiony, rzucający intelektualne porównania mężczyzna. Partnerująca mu Kristen Stewart sprawdza się dość przyzwoicie jako niezdecydowana mimoza. To kolejna po Motyl Still Alice rola, w której udaje jej się zerwać z wizerunkiem niemrawej Belli z cyklu Zmierzch. Co ciekawe, tych dwoje miało już okazje spotkać się przy produkcji American Ultra, która okazała się nieudanym pastiszem sensacji. Dzięki swojej bezpretensjonalnej grze film bezapelacyjnie kradnie Steve Carell oraz grono aktorów drugoplanowych, którzy budują wiarygodny obraz minionej Ameryki, wyśmiewając po drodze żydowskie korzenie czy gangsterskie porachunki. Warto wspomnieć o gwiazdce serialu PlotkaraBlake Lively – wcielającej się w Veronikę. Jej naturalny wdzięk oraz zmysłowa aparycja idealnie wpisują się w obraz zadymionych, utopionych w blichtrze lokali, w których zewsząd sączy się uwielbiany przez Allena jazz.

Reżyser przyzwyczaił nas do dopieszczonych epok. Film to wizualna uczta dla oka: piękne pejzaże, doskonała charakteryzacja i kostiumy, które rwą się na okładki modowych magazynów. Niestety, ten wspaniały klimat okazuje się jedynym wabikiem, który zachęca nas do obejrzenia produkcji w całości. Mimo ciekawego scenariusza nie udało się wykorzystać w pełni jego potencjału. Tak jak w przypadku Nieracjonalnego mężczyzny, zabrakło ikry. Kino rozrywkowe z głębszym przesłaniem – to nie jest określenie, jakim przywykliśmy obrazować filmy Woody’ego Allena. Charakteryzowało je ostre i bezpardonowe spojrzenie na świat przez okulary intelektualisty. W Śmietance towarzyskiej reżyser z jednej strony wyśmiewa pęd za pieniądzem i wielką karierą, z drugiej pokazuje jednak, że z biegiem czasu przepych staje się naturalnym środowiskiem bohaterów. W jednej ze scen Bobby strofuje Vonnie, że zmieniła się w zblazowaną pannę, kiedy on sam opływa w luksusach. Twórcy zabrakło odwagi, aby stworzyć świetną satyrę. Jego filmy stają się coraz bardziej hollywoodzkie, a próba zdyskredytowania własnej pracy przy autorskim serialu dla Amazon Studios wydaje się być jedynie przyjętą z dawna pozą. Reżyser, okrzyknięty mistrzem kina europejskiego, coraz bardziej skręca na zachód, co pokazuje chociażby próbą podbicia serc młodszej widowni, obsadzając nastoletnich, amerykańskich idoli.

Allen znów w lekkiej i przyjemnej formie próbuje przemycić refleksje nad paradoksami życia. Nie pozostawia nas bez nostalgicznego komentarza narratora fabuły (w tej roli sam reżyser): nie wszystkie historie kończą się happy endem, a scenariusz, jaki pisze nam życie, nie ma jednej poprawnej wersji. Szkoda, że drogą ku temu przesłaniu są pompatyczne i ckliwe dialogi, a nie garść słodko-gorzkiej kąśliwości, którą Allen tak błyskotliwie potrafi operować. Parę cynicznych żartów w temacie religijności to jedynie cień indywidualizmu nowojorczyka. Może przyszedł czas, aby weteran kina wstrzymał się od wypuszczania co rok nowej produkcji.

Korekta: Anna Ruszczak


blog comments powered by Disqus