"Cape Town" - pierwsze wrażenia z serialu

Trochę „wow”

Cape Town mnie zaskoczyło – przyznaję to z miejsca. To miniseria kryminalna, licząca zaledwie sześć odcinków, zawieszona gdzieś pomiędzy popularnymi amerykańskimi produkcjami w rodzaju Kości czy Zabójcze umysły a krótszymi serialami o ambitniejszych korzeniach, jak Broadchurch albo Luther. Ta mieszanka wyszła całkiem dobrze.

Przede wszystkim skupiamy się tu na dwóch zbrodniach, które dość szybko okazują się ze sobą powiązane. Z jednej strony mamy ciało brutalnie zgwałconej i zadźganej dziewczyny, której tożsamość pozostaje zagadką, z drugiej – przypominające egzekucje z czasów apartheidu morderstwo białego mężczyzny. Nowopowołany komendant policji Kapsztadu wyznacza do śledztwa kapitana Mata Jouberta (Trond Espen Seim) – problematycznego policjanta po przejściach, ze skłonnościami do agresji i alkoholizmu – oraz porucznika Sanctusa Snooka (Boris Kodjoe) świeżo przybyłego z oddziałów specjalnych.

W serialu sporo jest interesujących elementów. Same realia już są atrakcyjne. Akcja toczy się w tytułowym Kapsztadzie – portowym, turystycznym mieście na południowym zachodzie RPA. Narzuca to od razu specyficzny rodzaj relacji między bohaterami: w mieście jest wysoki wskaźnik przestępczości, w tym zorganizowanej, oraz korupcji na różnych szczeblach, a podziały rasowe nadal są co najmniej wyraźnie. Stąd współpraca ciemnoskórego Snooka i problematycznego Jouberta to jeden z ważniejszych i ciekawszych wątków w serii. Dodatkowo oliwy do ognia dolewa „tajna misja” Sanctusa – został wyznaczony do sprawdzenia czy Joubert zabił swoją żonę, policjantkę z oddziałów specjalnych, która według raportów zginęła na służbie 13 miesięcy wcześniej.

Bardzo interesująca jest międzynarodowa obsada produkcji. W Cape Town znajdziemy aktorów z RPA, ale także z Europy – Seim z Norwegii, Kodjoe z Austrii, Isolda Dychauk z Rosji (gra poszukiwaną, zaginioną modelkę, Irenę Krol), Marcin Dorociński z Polski (jako terapeuta Christian Coolidge). Można było się spodziewać problemów z dograniem takiej ekipy. Na ekranie ich współpraca wypada jednak naprawdę nieźle, a różne akcenty po angielsku okazują się pasować do realiów serialu (w RPA językami urzędowymi są przede wszystkim afrikaans i angielski, ale nie tylko). Sami aktorzy zagrali bardzo dobrze – są przekonujący w swoich rolach (zwłaszcza Dorociński, który dał naprawdę niezły popis dobrego warsztatu, i Seim świetnie wpasowujący się w rolę zgorzkniałego furiata), a konflikty i docieranie się między postaciami oddali  bardzo fajnie.

Nie można nie wspomnieć o dwóch rzeczach, które także zwracają uwagę: scenografii i pracy kamery. Pierwsza miejscami zapiera dech w piersi – Kapsztad jest pięknie położony, a operator doskonale wiedział, jak pokazać specyficzną urodę tego miejsca. To stanowczo zaleta Cape Town. Zaś co do zdjęć, powiewem świeżości jest odejście od typowo amerykańskiego sposobu kręcenia seriali, znanego z różnych CSI – dynamicznych, krótkich ujęć, nasyconych barw, planów bliskich i zbliżeń, podnoszącej napięcie muzyczki w tle. Tu dostaliśmy obraz z mniejszą liczbą zbliżeń, za to sporo jest planów pełnych i amerykańskich, ciekawych ujęć pod różnymi kątami, długich sekwencji, a dźwięk jest bardzo dyskretny. Podobało mi się – nie każdemu jednak musi.

Nie obyło się niestety bez dłużyzn – ale można to Cape Town wybaczyć. Fabuła – swoją drogą oparta na powieści południowoafrykańskiego pisarza Deona Meyera Martwi za życia – jest gęsta i dość ciężka, prowadzona konsekwentnie i skupiona na bohaterach. Ogląda się to naprawdę dobrze.

Co ciekawe, serial dostępny jest online – w należącej do TVN platformie Player.pl. Z jednej strony to przyjemne ułatwienie – a pierwsze dwa odcinki można obejrzeć nawet bez rejestracji – z drugiej nie znalazłam opcji wyłączenia polskiego lektora, którego po prostu nie znoszę.

Cape Town to ciekawa odmiana od standardowych serii kryminalnych. Jest niezłym serialem, niedługim, intrygującym i dobrze zagranym. Polecam sprawdzić.

Korekta: Damian "Nox" Lesicki



blog comments powered by Disqus