Recenzja filmu "Carrie"

Książki Stephena Kinga od lat stanowią niewyczerpaną, imponującą inspirację dla kolejnych twórców z Fabryki Snów. Niestety, filmowe adaptacje dzieł tego pisarza bywają zróżnicowane pod względem jakości. Urzekają, zapierają dech w piersiach i wywołują strach (Lśnienie), szokują i wciągają widza (Skazani na Shawshank), przechodzą bez echa, są wtórne i schematyczne (Sekretne okno), a także wielokrotnie zawodzą, rażą kiczowatością oraz brakiem literackiego klimatu (To). Do której z tych grup należy zatem zaklasyfikować nową wersję Carrie?

Nastolatka Carrie White jest wychowywana przez samotną matkę, fanatyczkę religijną. Nie przysparza jej to popularności w szkole, gdzie czuje się samotna i wyobcowana. Jest w niej jednak coś bardzo wyjątkowego. Prześladujący Carrie rówieśnicy poznają jej sekret w dniu balu maturalnego, kiedy dziewczyna ujawni swoje telekinetyczne moce i wykorzysta je, aby wyrównać rachunki...

Na wstępie należy podkreślić, że Carrie nie jest klasyczną adaptacją książki Kinga lecz remakem obrazu Briana De Palmy z 1978 roku. Twórcy momentami odchodzą od literackiego pierwowzoru, jednak umiejętnie wykorzystują główną linię fabularną nakreśloną przez autora. Podobnie jak King, kreują Carrie na bohaterkę z krwi i kości, która poza zdolnością telekinezy nie wyróżnia się na tle współczesnych nastolatek, wielokrotnie niezrozumianych i wyśmiewanych przez swoje rówieśniczki. Produkcja Kimberly Peirce to nie tylko krwawa rzeźnia, ale również dramat o trudnym dorastaniu, prześladowaniach, a  przede wszystkim  nadopiekuńczości i fanatyzmie religijnym.  Reżyserka doskonale oddaje skomplikowane, pełne cierpienia oraz wzajemnego uzależnienia relacje między Carrie i jej matką. Z zainteresowaniem przyglądamy się kolejnym etapom metamorfozy głównej bohaterki, przeobrażającej się z brzydkiego kaczątka w fascynującą, krwawą morderczynię.

Na uwagę zasługuje pewne unowocześnienie fabuły, które w wypadku Carrie wzmacnia odbiór obrazu. Kompromitujące filmiki i konta na Facebooku przytrafiają się wielu nastolatkom, którzy z tego powodu decydują się nawet targnąć na swoje życie. W pewnym momencie w bohaterce horroru też coś pęka, miara wstydu zostaje przebrana, a tego konsekwencją staje się lokalna apokalipsa.

Problemem tegorocznej Carrie jest brak klimatu oraz grozy rodem z pierwowzoru. Twórcy nie oddają książkowych kontrowersji, niedomówień  czy charakterystycznej dla Kinga aury tajemniczości. Wszystko wydaje się zbyt oczywiste, zrealizowane na skróty.  Peirce położyła chyba za duży nacisk na przedstawienie tragizmu głównej bohaterki, pozbawiając tym samym  swój film specyficznego nastroju oraz stopniowego budowania napięcia. Dzieło Peirce jest również niesamowicie schematyczne, nawet wtórne. Ekranowa makabreska zastępuje w nim w znacznym stopniu jakikolwiek element zaskoczenia.

Mimo wielu niedociągnięć, w Carrie można dostrzec pewne plusy.  Na uwagę zasługuje genialna, nakręcona z polotem i rozmachem scena krwawego balu. Reżyserka przeprowadza widza przez filmowy danse macabre, stylizowaną orgię efektów gore, pełną brutalności oraz osocza rozlewającego się wokół bohaterów. Twórcy wprowadzają do finałowych sekwencji również kilka nowych rozwiązań poprawiających najsłabsze elementy książki Kinga. Niestety, zachwyty nad inscenizacyjnym talentem reżyserki tonują nieudane, niepotrzebne i mocno kiczowate efekty slow-motion czy powtórzenia kluczowych ujęć.

Poważną wadą Carrie jest nierówny występ Chloe Moretz. Młoda gwiazda w ciągu półtorej godziny w równym stopniu zachwyca naturalnością, przeraża wewnętrznym mrokiem (zwłaszcza w finałowych sekwencjach), co szokuje karykaturalnymi i manierycznymi grymasami twarzy. Problemem Moretz nie są jednak ograniczenia artystyczne. Powodem stosunkowo słabego występu gwiazdy Kick Ass wydaje się być brak porozumienia z reżyserką obrazu, która nie potrafi wykorzystać talentu młodej aktorki.

Remake Carrie, podobnie jak występ Chloe Moretz należy uznać za stosunkowo przeciętny. Winę za to ponosi przede wszystkim sama Kimberly Peirce, która zupełnie nie zrozumiała klimatu książek Kinga, pozbawiając swoje dzieło wszechobecnej atmosfery grozy, obezwładniającej, przykuwającej widza do fotela. Liczne mankamenty filmu sprawiają, że w porównaniu z pierwowzorem, Carrie wydaje się wyłącznie krwawą i rozhisteryzowaną wersją Harry’ego Pottera, czarodzieja pozbawionego swojej różdżki.

Podyskutuj o tym filmie na forum!


blog comments powered by Disqus