Cudem wydarty z lamusa

plakat filmu Cudem wydarty z lamusa

James Bond to relikt - postać powstała w dobie zimnej wojny i prezentująca charakterystyczne dla tego okresu cechy bohatera. Z jednej strony, obdarowany niezwykłym urokiem i subtelnym poczuciem humoru gentleman, z drugiej traktujący kobiety jak obiekt chwilowej przyjemności szowinista, żyjący chwilą i poświęcający się całkowicie sprawie walki z wrogami Jej Królewskiej Mości. Kilkanaście filmów opowiadających o przygodach tajnego agenta 007, w których powalał on komunistów, terrorystów, potentatów naftowych, próbujących zdobyć dominacje nad światem, szalonych naukowców, czy wreszcie zdrajców Korony Brytyjskiej, dostarczały nam akcję pełną zabawnych pościgów, intryg i paletę zadziwiających gadżetów, których pomysłowość jest bez wątpienia cechą charakterystyczną twórców kolejnych części cyklu. Problem w tym, że Bond mocno się przeżył - koniec zimnej wojny przyniósł ze sobą generację zupełnie innych typów superbohaterów, w której bezwzględnie oddany sprawie kobieciarz mocno się zakurzył. Najnowsze produkcje z logiem agenta 007, wnosiły ze sobą próby uwspółcześnienia postaci, która od lat stanowiła dla kina kopalnię pieniędzy, i z którą kinu nie łatwo się rozstać. Zaczął więc nasz bohater nabierać rysów człowieka bardziej myślącego i uczuciowego - tak było już w Goldeneye, gdzie Bond w finałowej scenie zabija wroga nie dla królowej, lecz jak mówi: Dla siebie. Niestety zmiany te wydawały się zaledwie małą kosmetyką, a niezmienny schemat scenariuszowy próbowano ratować coraz bardziej widowiskowymi scenami i rosnącą dynamiką akcji. Efekt był taki, że z części na część, historię agenta 007 gubiły intrygę, zamieniając się w kretyńską paradę fantastycznych perypetii. Nic więc dziwnego, że twórcy najnowszej odsłony - Casino Royale - zdecydowali się na zmianę radykalną, choć zarazem niebezpieczną. Ryzyko opłaciło się im jednak bez wątpienia.

Miłośnicy konwencji, jaką charakteryzowała się "bondowska" saga, będą prawdopodobnie złorzeczyć na pomysł konstrukcji bohatera. W Casino Royale mamy bowiem Bonda, który numer 007 dopiero co otrzymał i nie wiele jest w nim ze znanej dotychczas postaci. James jest tutaj bardziej nieokrzesanym, aroganckim oprychem z przerośniętym ego i rysami bezwzględnego psychopaty niż angielskim gentlemanem. To zabójca, chociaż nad wyraz inteligentny, sprawny i walczący w dobrej sprawie. Scenarzysta odebrał mu też cechy typowego superbohatera. Nowy Bond czuje ból, daje się zranić, popełnia błędy - nie jest już niezniszczalno-nieomylnym terminatorem w garniturze. Do tego zupełnie inne jest też aktorstwo Daniela Craiga - chociaż świetny, bardziej pasuje on na wroga 007 niż na samego agenta.

Z filmu znika też przerost absurdalnych scen - agent 007 nie ściga się już najnowszym modelem BMW czy Audi po zmarzniętej Arktyce obok lodowego pałacu rodem z Królowej śniegu. Jego wrogowie też się zmienili - nie próbują już zdobyć świata, umieszczonym na orbicie okołoziemskiej, megalaserem - to zwykli terroryści, operujący pieniądzem jako bronią. Oczywiście nie wszystko zniknęło. Bond nadal ma samochód wyposażony w arcyprzydatne gadżety (np. defibrylator), dalej też potrafi więcej niż zwykły człowiek. Jednak w dobie Yamakasi łatwiej nam chyba uwierzyć w sceny wyglądające jak pokaz free runingu, niż w gościa, któremu kula utkwiła między półkulami mózgu itp.

Fabuła Casino Royale, na tle kilku poprzednich części Bonda, wypada nie mniej atrakcyjnie jak odświeżony bohater. Reżyser nieźle łączy w filmie dynamiczne pościgi i strzelaniny, z wolniejszymi scenami np. pokerowej rozgrywki. Ciekawy jest też powrót do konwencji filmu szpiegowskiego, znanej ze starszych odsłon, w której wszyscy bohaterowie knują coś przeciwko reszcie, układają własną intrygę. I chociaż intencje mogą być szlachetne, zło jest częścią działań każdego; każdy ma podwójne oblicze.

Jedno co w fabule Casino Royale naprawdę mąci, to fakt, że czasy młodości Bonda przenosi ona w lata współczesne. Tak więc, chociaż młodszy, posiłkuje się nasz agent bogato wyposażonym telefonem komórkowym, laptopem i Internetem. Nie jest to oczywiście żaden zarzut w stronę twórców - nie po to przecież poddali Bonda renowacji, żeby go na powrót zakurzyć. Najwięksi fani sagi, mogą być tym nie mniej mocno niezadowoleni zagubieniem względnej chronologii. Takie podejście twórców pokazuje nam jednak jak plastyczny może być jeden pomysł na film i jak, nawet wyczerpana i spleśniała nieco konwencja, może stać się fundamentem czegoś świeżego.

Casino Royale nie jest na pewno filmem o wielkich aspiracjach - jeżeli wpisze się on w historię gatunku, to tylko dzięki próbom reanimacji umierającego już bohatera. Jeżeli jednak oceniać go w ramach sagi o Bondzie, wypada zadziwiająco atrakcyjnie. Wydawało się bowiem niemożliwym, że jakakolwiek opowieść o przygodach agenta 007 będzie wstanie jeszcze czymś zaskoczyć widzów, a sam bohater wyda się kiedyś bardziej podobny do człowieka. I za to właśnie należą się brawa twórcom Casino Royale.


blog comments powered by Disqus