Między zbrodnią a ironią

plakat filmu Między zbrodnią a ironią

Woody Allen jest marką sam sobie. Każdy jego film jest najpierw filmem Allena, a dopiero potem przynależy do jakiegoś gatunku. I właśnie ta allenowska specyfika sprawia, że choć jego filmy poznaje się od razu, to wielowarstwowa konstrukcja sprawia, że trudno o nich mówić.

Kto zna Allena ten wie, że jego serce tętni w Nowym Jorku. Kolejny raz jednak przyciągnął go europejski klimat i osadził akcję swego filmu w Londynie. Rzecz dzieje się wśród tzw. lower middle class, czyli grupy społecznej, która formalnie przynależy do klasy średniej, jednak z trudem udaje jej się przetrwać od pierwszego do pierwszego. Skromny dom, podupadający interes i cała garść ideałów, o tym jak to rodzina powinna trzymać się razem – w tym wstępnym widoku trudno dopatrzyć się czegoś podejrzanego.

Skromne życie jednak nie każdemu wystarcza. Jeden z dwóch braci, ten gładszy, lepiej ubrany i bardziej obyty w świecie, nieustannie walczy z pragnieniem przedostania się do wnętrza znakomitej londyńskiej socjety. Temu służą doskonale dopasowane garnitury, brylowanie wypożyczonym samochodem i nieprzypadkowy wybór serca, który pada na piękną młodą aktorkę, cieszącą się niebywałym powodzeniem u mężczyzn (Hayley Atwell). Coś Ianowi (zagranemu przez Ewana McGregora) podpowiada, że, aby zrealizować swoje marzenia musi ją mieć – i w imię tak pojętej miłości brnie coraz głębiej w kłamstwo.

Drugi brat, Terry (znakomity Colin Farrell), czarniawy, przysadzisty i gorzej ubrany, mieszka z żoną u rodziców, a jego głównym problemem jest lekkomyślność i skłonność do hazardu. O ile więc jeden brat wytrwale pnie się w górę, o tyle drugi dokłada wszelkich starań, aby spadać w dół. O ile Ian chce zrobić wielką karierę, o tyle Terry chce po prostu wyjść na prostą. Jeden brat reprezentuje typ światowca, drugi – prostego mechanika. Tyle o aspiracjach i horyzontach obu braci, wychowanych skądinąd w jednym domu.

Motyw "zbrodni i kary" towarzyszył Allenowi także i we Wszystko Gra, choć zrobił Dostojewskiemu na złość i pozostawił mordercę bez kary. Tym razem jest inaczej – oba elementy zostają wypełnione i obfitują w przeróżne konotacje ( Kain i Abel? Ojciec chrzestny? Konia z rzędem temu, kto rozgryzie Woddy’ego Allena!). Szczególnym momentem jest pojawienie się wuja Howarda – gdy wyjawia swój kłopot i bez ogródek prosi o przysługę, wytaczając całą chwalebną argumentację, film przemienia się na chwilę w komedię, a wuj Howard gra trochę w taki sposób, jak czyni to Woody: staje się bezradnym, zdenerwowanym facetem, który co chwilę wzrusza ramionami i wbija wzrok w podłogę. Ma tylko jedno zastrzeżenie: o niczym nie chce wiedzieć – i aż chce się westchnąć – jakie to zło potrafi być niewinne...

Pewien rys allenowskiego bohatera, którego reżyser z upodobaniem sam często grywa, można odnaleźć także w postaci Terrego – nałogowca, nerwusa, mężczyzny słabego, który po dokonaniu morderstwa przechodzi załamanie psychiczne i zanurza się w obłęd. Popełniając zbrodnię, popełnia samobójstwo, któremu winna jest nie dająca się uciszyć wrażliwość. Ian z kolei radzi sobie doskonale; jest człowiekiem twardym, który niczym bakteria potrafi zaadaptować się do każdych warunków ( jakże Allen takim typem pogardza…), toteż z rozmachem zabiera się za realizację wcześniej podjętych zamierzeń. Te subtelne pytania o „gen zła” bądź o zło jako splot zewnętrznych okoliczności zostają przecięte jeszcze jednym zwrotem – obaj bracia muszą zapłacić cenę za popełniony czyn, bez różnicowania na jakość ich sumień.

Ale – uwaga – czy rzeczywiście zbrodnia została ukarana? Bez ironii, pogłosu szyderczego śmiechu na koniec, można by przypuszczać, że ten film zrobił kto inny; jest wszakże ktoś, komu się całkowicie upiekło – to wuj Howard, prowodyr zbrodni. Na całym zajściu wychodzi przecież najlepiej, ponieważ pozbywa się zarówno wroga, jak i jedynych świadków – swoich siostrzeńców, z których żaden swojej sprawy nie załatwił. Oto cały dowcip.


blog comments powered by Disqus