Welcome to Joburg - recenzja filmu "Chappie"

Upalna, południowoafrykańska noc. W brudnym squacie pośród industrialnego pustkowia młody geniusz robotyki i grupka gangsterów zbierają się wokół pierwszego tworu obdarzonego prawdziwą sztuczną inteligencją. Od nich Chappie uczy się pierwszych słów, czytania bajek, posługiwania się nunczako i malowania obrazów. Pierwsze świadome kroki stawia na gruncie kłamstw, tych cynicznych i tych białych, nie brakuje mu miłości ani troski - szybko staje jednak naprzeciw nienawiści i brutalności - ludzki świat w słodko-gorzkiej pigułce. Wraz z przybranymi rodzicami robot kradnie samochody, napada na konwój z pieniędzmi. W międzyczasie staje się nośnikiem odwiecznych pytań, wokół których orbituje fantastyka naukowa - o istotę człowieczeństwa, o granice postępu. Jego droga pełna jest technologiczno-społecznych problemów, stylowych walk, aktów bohaterstwa i żółto-różowej broni palnej.
Welcome to Joburg.

Neill Blomkamp, choć jego filmografia pozostaje skromna, stanowi już w świecie filmowym pewną markę. Chappie, trzeci duży projekt w jego karierze, stanowi konsekwentną kontynuację charakterystycznego stylu reżysera jednocześnie starannie omijając pułapkę powtarzalności. Rosnąca popularność i renoma nie powodują, że osiada na laurach - przeciwnie, z piedestału znacznie łatwiej sięgnąć po eksperyment, przełamać schemat i Blomkamp skrzętnie to wykorzystuje. Snując kolejną opowieść o buncie i nietolerancji, przetasowuje swój arsenał artystycznych środków i wyciąga z rękawa kilka bezbłędnych asów. Z ich pomocą stworzył zdecydowanie najbardziej ambitny i pełen polotu film w swojej karierze – krótkiej, ale na razie pozbawionej skazy.

Wynalazca Deon (Deva Patel) to, w świecie filmowych outsiderów i buntowników, biegun absolutnie przeciwny względem Matta Damona w Elyzjum. Naukowiec o błyskotliwym umyśle i wielkiej determinacji to jednak mało asertywny, fizycznie słaby bohater, uwikłany w wydarzenia, które wydają się go przerastać. W ogóle żadna z portretowanych w Chappie'm postaci nie wieńczy łańcucha pokarmowego - przeciwnie, każdy konflikt jest niejednoznaczny i głębszy, niż mogłoby się wydawać.

Rewelacyjny popis daje duet z grupy Die Antwoord, który stanowił chyba największą zagadkę filmu, a który bezapelacyjnie jest jednym z jego większych atutów. Zaangażowanie kontrowersyjnych południowoafrykańskich artystów potęguje klimat filmu, jego uwikłanie w lokalną problematykę RPA. Ninja i Yo-Landi to znacznie więcej niż smaczek i ciekawostka. Reżyser bowiem nieugięcie walczył o ich udział w swym projekcie, nawet jeśli pełne jego znaczenie będzie przez to nieco nieczytelne dla części widzów. Na uwagę zasługuje również fryzura i szorty Hugh Jackmana, które (z niewielkim udziałem samego aktora) odpowiadają za wszystko to, co w kreacji czarnego charakteru jest dobre.

Bo z tym właśnie Blomkamp wydaje się mieć problem. Aby opowiedzieć swoją historię, potrzebuje konfliktu, ale nieustannie potyka się, próbując nadać mu głębię. Gdyby postawił czarny charakter w centrum, a fabułę Chappie'go oparł na mało interesującym konflikcie Deona z Vincentem, mógłby skończyć z dziełem równie płytkim jak Elyzjum. Zepchnięcie tego wątku na drugi plan, choć jest posunięciem dobrym, problemu nie rozwiązuje.

Zaangażowanie społeczne Blomkampa w Chappie'm to zresztą postęp o lata świetlne względem wcześniejszych, niemalże czarno-białych schematów. Pozbawione jednoznacznych odpowiedzi pytania poruszane w nowym jego filmie rzeczywiście warte są uwagi. Nie bez powodu fabuła filmu przeniesiona jest w przyszłość jedynie o symboliczny rok, tym razem bowiem scenariusz jest maksymalnie bliski realiom. Nie jest to futurystyczne, dalekowzroczne science fiction, ziarna fikcji zasadzone zostają w świecie tak okrutnie współczesnym, że aż wstyd nazwać go dystopijnym i kiełkują na znanych nam, brutalnych zasadach. Są to jednak ziarna pochodzące z zupełnie innego świata – uproszczone do maksimum i służące myślowemu eksperymentowi. Pomiędzy sci i fi Blomkamp nie stawia tradycyjnego myślnika, raczej kontrowersyjną grubą krechę. Technologia traktowana jest w jego dziełach, jak zwykle, z fascynacją i obsesyjną wręcz czcią, nauka stanowi odpowiedzi na odwieczne pytania, zaś postęp to wartość, za którą idealiści tacy jak Deon gotowi są zginąć. Kiedy jednak reżyser sięga po fikcję, powstają dziury, które nawet w półmroku konwencji zieją czernią absurdu, mnożą się wraz z postępem historii i niejeden, potknąwszy się o taki fabularny wybój, nie zechce pójść dalej - choć bez wątpienia warto. Przy tym wszystkim Blomkamp raczej kunsztownie tuszuje swoje mało racjonalne wybryki. Nie można też uznać ich za nieuzasadnione - wręcz przeciwnie, są one konieczne dla fabuły, która stanowi przecież świętość. Odnoszę jednak wrażenie, że w przypadku Chappie'go dodatkowe pół godziny materiału dałoby reżyserowi przestrzeń, dzięki której różne elementy scenariusza nie wydawałaby się tak słabo zarysowane – akcja filmu na ogół utrzymana jest w imponująco konsekwentnym, choć zmiennym tempie i zaburzanie go zdecydowanie nie wychodzi Chappie'mu na dobre.

W tym doskonale przemyślanym rytmie nadawanym przez mocną, wyrazistą muzykę i precyzyjnie dozowaną akcję przewidziano wiele miejsca również na rozluźnienie atmosfery. Wśród wielu żartów i widowiskowych scen sensacyjnych nic nie jest zbędne ani przypadkowe. Wszystko składa się na patchworkowy obraz dzieła pełnego stylu i finezji, widowiskowego, pełnego celowych sprzeczności, mądrze postawionych pytań, celnie wbitych szpil. Tematy debat brodatych tuzów naukowej fikcji Blomkamp zabiera jak własne i wrzuca w naturalistyczny obraz Johannesburga, bogato zaprawia kiczem, akcją, trochę wyśmiewa, ale składa też hołd, nawiązuje do Biblii i kreskówek o He-Manie. Eksperymentuje i „jedzie” po bandzie. Posiada jednak hamulce i nie daje się przyłapać na narcystycznej ekstrawagancji, sprawnie porusza się w obrębie konwencji i nagina ją, zamiast atakować w nieudanych próbach złamania. Jest wobec science fiction jak niesforny urwis, który testuje cierpliwość matki, nieco gra jej na nerwach, ale przecież kocha i nie pozwoli, aby włos jej spadł z głowy. Jest to doprawdy urocze, a efekt wprawia w zachwyt tych, którym nie brak odrobiny właśnie matczynej cierpliwości. Wszak taki smarkacz, nawet genialny, potrafi zażenować i zmęczyć. 

 


blog comments powered by Disqus