W raju nie ma morderstw – recenzja filmu "System"

Okres stalinizmu rozliczany jest w Rosji, w sposób specyficzny. Choć komunistyczny gigant (teoretycznie) upadł, a świat poznał ogrom tragedii owych czasów, dyktator wciąż wskazywany jest jako ideał przywódcy, a popełnione przez niego zbrodnie solidarnie obejmuje się zmową milczenia. Typowy dla przeszłej epoki aparat propagandowy wciąż wykazuje się zaskakującą skutecznością – każdy twór niezgodny z jedyną słuszną ideologią szybko wpisywany jest na listę zakazanych tekstów kultury. System trafił tam jeszcze przed premierą.

Leo Demidow (Tom Hardy), radziecki bohater wojenny, zdaje się mieć wszystko – piękną żonę, Raisę (Naomi Rapace), stabilną pracę w służbach bezpieczeństwa, szacunek przełożonych. Sytuacja zmienia się, gdy odmawia przejścia testu ślepego posłuszeństwa i zostaje zesłany na zaniedbaną prowincję. Tam wpada na trop seryjnego mordercy – sprawą jednak nie chcą zająć się odpowiednie organy. Każde ciało opatrzone już było odpowiednią dokumentacją, a sprawcy zostali ukarani. Wszak w raju nie ma miejsca na morderstwa.

Film Daniela Espinosy (Safe House, Szybki Cash) to ekranizacja głośnej powieści Toma R. Smitha o tym samym tytule. Łączy w sobie elementy różnych gatunków – dreszczowca, kryminału, dramatu politycznego i... kina obyczajowego. Nagromadzenie wielu elementów skutkuje, niestety, wewnętrzną niespójnością i chaosem. Twórcy, chcąc złapać za ogon kilka srok jednocześnie, tak naprawdę nie rozwijają żadnego z wątków na tyle, by móc uznać go za kompletny. Śledztwo ukazane jest tak powierzchownie, że aż prosi się o wspomnienie sił nadprzyrodzonych (żeby nie powiedzieć „boskich”). Ot, jedno spojrzenie na mapę i wszystko staje się jasne.

Niewątpliwą zaletą filmu jest jego klimat – brudne, ciemne filtry, obskurne lokacje, brutalna surowość. Z ekranu bije przytłaczające poczucie beznadziei i paraliżujący strach. Nie sposób oddać przewlekłego lęku, jaki musiał towarzyszyć zaszczutym do granic możliwości obywatelom. System pokazuje bowiem jedynie jego namiastkę. Znaczącym zabiegiem ze strony polskiego dystrybutora była modyfikacja tytułu. Prowokuje on szereg pytań – kto tak naprawdę jest tu czarnym charakterem? Czy oprawca nie jest tak naprawdę ofiarą? W jaki sposób ów „system” kształtuje jednostki patologiczne? Znaki zapytania można mnożyć w nieskończoność. Odpowiedzi widz musi znaleźć sam.

Produkcja pozostawia po sobie mieszane uczucia. Z jednej strony, jest to film klimatyczny, dobrze nakręcony i przyzwoicie zagrany (ogromny plus za znakomitego Gary'ego Oldmana, jeszcze większy za wiarygodną kreację Toma Hardy'ego), z drugiej jednak nierówny, niespójny i nieco chaotyczny. Warto jednak wybrać się do kina, by wyrobić sobie własne zdanie. Mimo słabych punktów, nie można mu odmówić jednego – zmusza do refleksji, a to zawsze jest w cenie. 

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus