Baśń pozbawiona magii – recenzja wydania DVD filmu "Kopciuszek"

Autor: Damian "Nox" Lesicki
Korekta: Joanna Biernacik
11 października 2015

Studio Walta Disneya, zachęcone komercyjnym sukcesem Alicji w Krainie Czarów Tima Burtona, najwyraźniej postawiło sobie za cel w ciągu kilku lat wyprodukować aktorskie adaptacje wszystkich swoich znanych i lubianych animacji. Czarownica z Angeliną Jolie w roli głównej udowodniła, że nie tylko jest to pomysł niegłupi, ale też odpowiednio opracowany może przynieść zaskakująco ciekawe efekty. Niestety, Kopciuszek Kennetha Branagha raczej nie zapisze się w annałach historii jako najbardziej udana z tej serii disneyowskich produkcji.

Trudno przewidzieć jakość kolejnych przeróbek animacji z kanonu Disneya, jednak już dziś można stwierdzić, że przynajmniej na część z nich twórcy mają jakiś pomysł. Nowa wersja Aladyna ma skupić się na postaci Dżina, Kubuś Puchatek opowiedzieć o losach dorosłego Krzysia, a opublikowany niedawno zwiastun Księgi Dżungli zapowiada produkcję wyjątkowo widowiskową. Zeszłoroczna przeróbka Śpiącej królewny w interesujący sposób trawestowała motywy znane z baśni Charlesa Perraulta i animowanej produkcji Clyde'a Geronimiego, skupiając się na postaci Diaboliny i analizując jej motywację. Nawet w przypadku Alicji w krainie czarów na pierwszy rzut oka widać, że twórcy posiadali koncepcję, którą chcieli w swoim filmie zrealizować. Jaki by nie był efekt końcowy, nie można odmówić kreatywności ekipie Burtona. Niestety, w przypadku obrazu Branagha jest inaczej.

Aktorska wersja Kopciuszka jest zabójczo wręcz sztampowa i pozbawiona jakiejkolwiek nuty świeżości. Wszystko, co serwuje nam reżyser, widzieliśmy już w niezliczonych adaptacjach i przeróbkach starej jak świat baśni. Postaci są w najlepszym razie nijakie (Książę), a w najgorszym – irytujące (Kopciuszek), gra – przeciętna, humor – infantylny, a fabuła – do bólu odtwórcza i przewidywalna. Kenneth Branagh niewolniczo wręcz trzyma się znanej opowieści i nie próbuje nawet wykorzystać jej niewyeksploatowanych elementów. Nie ma tu mowy o jakiejkolwiek zabawie historią zbliżonej do tej, którą zaprezentowali Robert Stromberg w Czarownicy czy Rupert Sanders w Królewnie Śnieżce i Łowcy.

Wizualna strona filmu jest przez większość czasu przyjemna dla oka, jednak nie wybija się ponad przeciętność. Kostiumy i scenografia prezentują się ładnie, ale to wszystko. Jedynym oryginalnym elementem zdjęć są sceny, w których kamera "płynie" przez przestrzeń – zabieg tyleż ciekawy, co dziwaczny. Fatalnie za to wypadają bijące po oczach sztucznością panoramiczne ujęcia z lotu ptaka ukazujące wygenerowane komputerowo królestwo.

Wiele można zarzucić Kopciuszkowi z 1950 roku – powolne tempo, poświęcenie większej ilości czasu kotu i myszom, niż tytułowej bohaterce czy czarno-białe charaktery postaci. Film Branaghade facto nie rozwiązuje żadnego z tych problemów, dodaje za to kilka nowych. W wersji aktorskiej rolę zwierzęcych bohaterów zredukowano do minimum, nie pozbyto się ich jednak zupełnie, przez co sprawiają one wrażenie wyjętych z kontekstu i praktycznie zbędnych z punktu widzenia opowiadanej historii. Postaci nie przestały być jednowymiarowe i nie zyskały głębi, jaką mógłby im nadać reżyser słynący z szekspirowskich adaptacji. Na domiar złego główna bohaterka zachowuje się tak irracjonalnie, a jej postępowanie do tego stopnia przeczy logice i zdrowemu rozsądkowi, że widz zamiast z nią sympatyzować, odczuwa narastającą frustrację i zmęczenie. Trudno też mówić o poprawie w kwestii dynamiki narracji – dwugodzinny seans dłuży się niemiłosiernie i sprawia, że zamiast podziwiać książęcy bal, ma się ochotę zjeść magiczne jabłko lub ukłuć się wrzecionem i jak najszybciej zapaść w sen, nawet i wieczny.

Wydanie DVD Kopciuszka przypomina tytułową bohaterkę – schludne, nawet ładne, ale skromne. Po zsunięciu tekturowego etui i otwarciu pudełka, naszym oczom ukazuje się biała płyta z logotypem filmu. Po włożeniu jej do odtwarzacza, na ekranie pojawia się panel wyboru języka, a potem – animowane, polskojęzyczne menu w szacie graficznej nawiązującej do estetyki opakowania. Kopciuszka możemy oglądać w wersji z dubbingiem lub napisami – obu przygotowanych w systemie 5.1. Dystrybutor uraczył nas jedynie dwoma dodatkami, z których żaden nie jest bezpośrednio związany obrazem Branagha. Pierwszy to anglojęzyczny, pozbawiony napisów teaser animacji W głowie się nie mieści, drugi – krótkometrażowa kontynuacja Krainy Lodu.

Wyczekiwana przez fanów i reklamowana na opakowaniu DVD Gorączka lodu srodze rozczarowuje. Banalna historia przygotowań do urodzin Anny składa się z kiepskich gagów i wyjątkowo niewpadającej w ucho piosenki. Ponadto, za sprawą nowych, niewyjaśnionych mocy Elsy, wprowadza zamęt do wewnętrznej logiki świata przedstawionego w Krainie Lodu. Wykorzystanie gotowych teł i modeli z pełnometrażowego filmu tylko utwierdza w przekonaniu, że etiuda ta powstała wyłącznie w celu podtrzymania zainteresowania marką i wyciągnięcia kolejnych pieniędzy od fanów (lub ich rodziców). Nie byłoby w tym nic złego, gdyby w zamian para reżyserów zaoferowała ciekawy i dobrej jakości produkt. W tym przypadku jednak albo twórcy, podobnie jak Elsa, cierpieli z powodu wysokiej gorączki, która spowodowała u nich artystyczną blokadę, albo po prostu próbowali wyprodukować film szybko i niskim kosztem. Tak czy inaczej, w porównaniu z pierwowzorem, Gorączka lodu wywołuje chłodną reakcję.

Aktorska wersja Kopciuszka nie oferuje nic, czego byśmy już nie widzieli. W żadnym momencie nie wybija się ponad poziom animowanego klasyka z lat 50., jednocześnie w wielu miejscach mu ustępując. Nowa disneyowska adaptacja baśni Charlesa Perraulta miała potencjał, jednak reżyserowi zabrakło umiejętności Wróżki Chrzestnej, dzięki którym Kopciuszek by zachwycił. Zamiast tego Kenneth Branagh nakręcił film, o którym widzowie zapomną zanim zegar wybije północ. Jeśli zaś wracając z przyjęcia, zgubią na schodach wydanie DVD, strata będzie niewielka.



blog comments powered by Disqus