Recenzja filmu "Klopsiki kontratakują"

Zgodnie ze starą Hollywoodzką zasadą, „Jest sukces, są pieniądze, będzie sequel” w kinach pojawiła się druga odsłona animacji Klopsiki i inne zjawiska pogodowe. Jak na kontynuację przystało, jest szybciej, mocniej i zabawniej, jednak czy lepiej? Klopsiki kontratakują stanowią doskonały przykład dla przyszłych filmowców, jak należy nakręcić  produkcję przewyższającą polotem pierwowzór.

W sequelu przygód szalonego naukowca, świat wreszcie poznał się na geniuszu Finta Lockwooda, który został nawet zaproszony do współpracy przez firmę, która wymyśla różne nowoczesne technologie ułatwiające życie. Niestety, Flint nagle dowiaduje się, że jego poprzedni, nieudany wynalazek - maszyna zmieniająca wodę w żywność - nadal działa. Teraz produkuje niebezpieczne jedzeniowo-zwierzęce hybrydy (jedzozwierzęta). Maszynę koniecznie trzeba unieszkodliwić, a los świata znowu spoczywa w rękach Flinta.

Głównym problemem filmowych kontynuacji są z reguły nachalne próby poprawienia pierwowzoru, przy czym twórcy wielokrotnie zapominają o charakterystycznym i wyróżniającym obraz klimacie. Najlepszym przykładem kiepskich sequeli są kolejne kontynuacje Shreka, które z każdą odsłoną zatracały pewien unikatowy styl ogra, tworząc z niego  milusińskiego romantyka. Twórcy Klopsików odrobili jednak pracę domową, opóźniając realizację drugiej części przygód szalonego wynalazcy oraz jego przyjaciół. W spokoju przygotowali jeszcze ciekawszy i zabawniejszy scenariusz, będący preludium do świetnej zabawy zarówno dla młodszych, jak i nieco starszych widzów.

Klopsiki kontratakują urzekają ciekawymi i mocno szokującymi odniesieniami do znanych starszym odbiorcom produkcji, takich jak Jurassic Park  czy Avatar, a także ogórków przypominających Minionki z Jak ukraść księżyc. Nie należy jednak  podchodzić do tego zabiegu jako pewnej formy  wtórności, czy braku ciekawych pomysłów na sequel. Klopsiki to przede wszystkim przezabawny pastisz  spielbergowskiego kina przygodowego, przez co wiele scen jest  wręcz wyjętych z Parku Jurajskiego. Młodszy widz z otwartymi ustami obserwuje kolejne szaleńcze ucieczki bohaterów i zniewalający świat Wyspy Jedzenia, pełen niezwykle urodziwej  oraz olśniewającej flory i fauny. Starszy obserwator uśmiecha się obserwując odniesienia do znanych mu produkcji (chodzące poziomki są swoista wersją Ewoki  z Gwiezdnych Wojen). Na uwagę zasługuje pełen polotu i wyobraźni świat żyjących posiłków, przypominający barokowym przepychem oraz różnorodnością Pandorę Jamesa Camerona. Elementem wyróżniającym Klopsiki jest stosunkowo kreatywny i pomysłowy scenariusz, niosący w sobie tak niezbędne dla młodszych widzów metaforyczne przesłanie związane z tolerancją, przerostem ambicji a przede wszystkim niezwykłą rolą przyjaźni w naszym życiu. Na uwagę zasługuje błyskotliwe i wyrafinowane, jak na animację, poczucie humoru, oparte przede wszystkim na przezabawnych, inteligentnych dialogach. Warto wspomnieć, że pozbawione  jest ono tak charakterystycznego dla wielu komedii żenującego żartu. 

Podstawowym atutem animacji są nieźle nakreśleni bohaterowie, odzwierciedlający podobnie jak Smerfy, odmienne rodzaje ludzkich charakterów. Flint jest przyjemniejszą wersją Sheldona Coopera z Teorii Wielkiego Podrywu, jego przyjaciółka Sam jest natomiast błyskotliwą intelektualistką z kompleksami, a główny wróg bohatera,  Chester V to zachłanny i zadufany w sobie egoista . Obsada i różnorodność ekipy Flinta może przypominać pamiętny team Danny’ego Oceana.

Wielu z potencjalnych widzów z pewnością z ironią zapyta „Czy nie jesteś za stary na bajki?”. Być może tak, jednak czy nie warto czasami odkryć w sobie dziecko? Klopsiki kontratakują to przede wszystkim całkiem przyjemna rozrywka, przeznaczona dla widza w każdym wieku, w znacznym stopniu przewyższająca poziomem, zmyślnością filmowych odniesień i poczuciem humoru żenujące Straszne filmy.  To wszystko sprawia, że  Klopsiki są czymś więcej niż tylko zabawnie zrealizowaną bajką.


blog comments powered by Disqus