Wstrząsająco niedograny - recenzja filmu "Wstrząs"

Wstrząs pojawił się w polskich kinach jakby mimochodem. Już po Oscarach, ładnych kilka miesięcy po premierze w USA, bez większej kampanii medialnej, niewiele tez było słychać o bojkocie rozdania nagród Akademii przez Willa Smitha, grającego tu główną rolę. To ciekawe, bo i tematyka jest ważna i interesująca, i aktorstwo na naprawdę wysokim poziomie.

Fabularnie mamy we Wstrząsie wszystko: autentyczną historię, walkę z wielkimi korporacjami i organizacjami, moralne dylematy, deptanie świętości i ludzkie życie na szali. Już sam główny bohater jest postacią nietuzinkową. Bennet Omalu to lekarz, patolog sądowy, imigrant z Nigerii. Przyjechał do USA zafascynowany wolnością i możliwościami tego kraju. Gdy już ułożył sobie życie i zdobył pewną pozycję społeczną, wszystko może się posypać: wpada na trop tajemnicy kryjącej się za największą z amerykańskich świętości – futbolem.

Jeśli nie wiecie, amerykański futbol to w USA nieomal religia. Słynne reklamy podczas Super Bowl – finału mistrzostw NFL, najważniejszego sportowego święta roku – to dla producenta wydatek kilku milionów dolarów za piętnastosekundową ekspozycję w przerwie meczu. Gracze zawodowi z popularniejszych drużyn traktowani są niemal jak bohaterowie narodowi. Gracze drużyn amatorskich także mają sporo przywilejów – nie od dziś wiadomo, że co lepsi dostają stypendia na studia, byle tylko dobrze grali. Kult futbolisty jako bożyszcza i NFL jako kapłanów jest ogromny.

Dlatego gdy w 2002 roku nikomu nieznany lekarz patolog ze śmiesznym, afrykańskim akcentem odkrył w mózgu zmarłego futbolisty nieprawidłowości, skojarzył je z zachowaniem i urazami innych zawodników i upublicznił wyniki, rozpętało się piekło. O tym jest ten film.

Historia sama w sobie jest porażająca. Peter Landesman, reżyser, dokonał świetnego wyboru scenariusza. Nie gorzej poszło z aktorami – trudno dziwić się Smithowi, że poczuł się urażony brakiem nominacji do Oscara, zagrał naprawdę świetnie. Idealnie odtworzył postać lekko naiwnego, z gruntu dobrego, ale też głęboko wierzącego lekarza, który staje przed wyborem: moralność czy bezpieczeństwo. Wcale nie gorzej zaprezentował się Alec Baldwin jako dr Bailes. David Morse czy Albert Brooks też spisali się świetnie. Można zaryzykować, że najmniej błyszczała tu Gugu Mbatha-Raw, grająca wybrankę Omalu – a wcale nie grała źle! Aktorsko Wstrząs naprawdę jest perełką.

Jednak w filmie coś nie gra. Są dłużyzny, sa momenty po prostu nudne, a historia jest prowadzona tak, że widz  jest w stanie przewidzieć wszystkie zwroty akcji. Niewiele napięcia, za dużo mazania się i miotania. Scenarzysta ewidentnie nie wiedział, co zrobić z tą historią, a efekty widać. Szkoda, bo były zadatki na naprawdę świetny kawałek kina (zwłaszcza przy grze, jaką zaprezentowali aktorzy). Nie mówię, że nie ma szansy się spodobać, ale na seans musicie iść świadomi, że nie wszystko będzie idealnie.

Korekta: Joanna Biernacik



blog comments powered by Disqus