Superman na kozetce

Chcesz spotkać Supermana, Batmana, Hulka czy Wonder Woman? Nic prostszego. Wybierz się wczesnym popołudniem w Los Angeles na Hollywood Boulevard w pobliże słynnego kina Chinese Theatre. Będą tam. Oni oraz pięciu Spider-manów, trzy Marlin Monroe, Chewbacca, Jack Sparrow i wielu innych. Oczywiście nie oryginalni, lecz utrzymujący się z pozowania do zdjęć za "napiwki". Na co dzień żadni superbohaterowie. Zwykli ludzie marzący wciąż o sławie i samospełnieniu w aktorskich rolach.

Żyją w i z przebrania, ale nie każdy jest fanem swej postaci. Jedynie Chris, kręcący co ranek słynny niesforny kędzior Supermana ma potężną kolekcję gadżetów ze swoim idolem. U niego fikcja trykotu przenika się trochę z rzeczywistością. I nie chodzi tylko o pójście do ślubu z wielkim "S" na piersi. Supermana chwalą wszyscy – za prawość i pasję; nawet mając go za trochę świrniętego, doceniają, że przestrzega niepisanego chodnikowego kodeksu.

Batman jest inny. Max wierzy, że czasem "komuś trzeba przypieprzyć, żeby zrozumiał". Ćwiczy sztuki walki, a poza sezonem pracuje jako ochroniarz. Ufa w swój talent i twarz George'a Clooneya. No i opowiada straszne historie ze swojej przeszłości. Tak straszne, że… już mało kto w nie wierzy.

Hulk (Joe) i Wonder Woman (Jennifer) są wciąż jeszcze młodzi. Chwytają nadarzające się szanse, próbują zaistnieć w fabryce snów. Dla nich pozowanie przed Chinese Theatre to stacja przesiadkowa. Wiedzą jednak, że mogą ugrzęznąć na niej na dłużej, dlatego próbują się wyrwać.

Słynnych postaci na bulwarze jest cała masa. Reżyser Matthew Ogens wybrał tylko te cztery, gdyż są swego rodzaju reprezentacją. Wnika w głąb ich codziennego życia, towarzyszy z kamerą i aparatem w domu, w pracy, na zakupach, podczas przesłuchań. W cztery oczy rozmawia z nimi i ich bliskimi. Opowiadają mu o swoich kumplach, innych "bohaterach z chodnika", o sobie samych oraz o drodze, jaka ich tu przywiodła. Dla szerszej perspektywy przepytuje patrolujących bulwar policjantów, a także mało przychylnych im ludzi z branży. Trochę smaczków opisowych uciekło niestety w tłumaczeniu, które w Confessions of a Superhero prezentowało się momentami dość słabo, bez znajomości tematu i staranności o detale.

Pokazując jak sen przebranych superbohaterów o sławie i pieniądzach ściera się z twardą rzeczywistością, obnaża ich poniekąd. Bez ogródek ukazuje słabości – pot w gorące dni, słaby utarg, starcia z policją, życiowe porażki. Ale też nobilituje, ukazując jako ludzi budujących mozolnie na kruchej podstawie życie prywatne i patrzących nadal z nadzieją w przyszłość. Pomimo, że przybyli z różnych stron i świadomi są własnych ograniczeń, właśnie to ich łączy – wiara, że ich czas jeszcze nadejdzie. Czy to mrzonka? Tchnienie beznadziejnego smutku? Ballada o niespełnieniu? Niekoniecznie. Coś wszak osiągnęli. Udało im się wyrwać z przeciętności, bezdomności, prochów. "Sławę już mam, przydałyby się jeszcze pieniądze" – mówi rzeczywiście podobny do Reeve'a Chris Dennis.

Aby nie dać się widzom zniewolić przez towarzyszące im stale supermoce, przypomnieć, że nie balansują nawet na skraju rzeczywistości, ale są w niej głęboko zanurzeni, Ogens stosuje różne techniki kręcenia i montażu. Czasem używa zwykłej taśmy filmowej, kiedy indziej burzy obraz efektami, przywodzącymi na myśl rejestracje na VHSie.

Od premiery Wyznań… minęło już sześć lat, ale chyba wiele się nie zmieniło. Zawsze przyda się kubeł zimnej wody na głowy łatwowiernych w szybką karierę. Z drugiej strony film stanowi świadectwo niezłomnej siły charakteru, iście superbohaterskiej. I tylko znów wrażenie, że to przecież śmieszne, żeby przebierać się w takie wdzianka, sterczeć na ulicy. Może i jest to nieco zabawne, dzięki czemu cały ten poruszający film, zyskuje jakby lżejsza, ucieszną formę. Tylko w zasadzie czemu się śmiać z czegoś, skoro można z tego nieźle żyć? Oto kolejna z twarzy Ameryki. Nawet, jeśli to sen, który wciąż się nie spełnił.



blog comments powered by Disqus