Zabaw się sześć stóp pod ziemią

Autor: Damia

image005Motyw śmierci jest szczególnie popularny na przełomie października i listopada. Niewiedzieć czemu, właśnie w tym czasie, ludzie częściej myślą o swojej śmiertelności i o tym, że każde życie ma nie tylko początek, ale również i swój koniec. Jakby przez pozostałą część roku nie wypadało takimi rzeczami zaprzątać sobie umysłu. Choć światowa premiera Gnijącej panny młodej miała miejsce we wrześniu, to do naszych kin film trafił tuż przed świętem zmarłych. Nie powiem, jeśli to nawet dzieło przypadku, – w co wątpię - to wielce szczęśliwe, a to głównie za sprawą ścielących się gęsto trupów i to nie byle jakich. Temat w sam raz na Helloween.

image010 Victoria Everglot i Victor Van Dort mają się pobrać, choć nigdy wcześniej się nie widzieli, a o czymś takim jak miłość zapewne jedynie słyszeli bądź czytali. Jednakże tak postanowili ich rodzice. Nie ma się tu zbytnio czemu dziwić, bowiem w XIX wieku "małżeństwo z rozsądku" nie było niczym nienaturalnym. Po raz pierwszy spotykają się na dzień przed ślubem, podczas próby ceremonii. Ku ich zaskoczeniu rodzi się uczucie. Wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku. Niestety kilkugodzinna próba zamiast zbliżyć ich do celu, przyczynia się do zwiększenia frustracji i ogólnego napięcia. Victor niezdolny przyswoić treści ślubnego przyrzeczenia oddala się do pobliskiego lasu by tam w ciszy i spokoju ukoić zszarpane nerwy i skrywany strach. Powtarzając w kółko te same słowa przysięgi - niczym w teatrze – wkłada obrączkę na wystający z ziemi… korzeń. Tu „sztuka” się kończy - akt drugi, scena pierwsza: z ziemi zwłoki kobiety się wyłaniają. Bowiem to, co krzak przypominało w istocie jest szkieletem ręki pogrzebanej dziewczyny. Tak oto, zupełnie niechcący i przez przypadek, Victor poślubia Emily – gnijącą pannę młodą, której za życia nie dane było dotrzeć do końca własnej ceremonii ślubnej, gdyż została zamordowana tuż przed wypowiedzeniem sakramentalnego „tak”. Teraz dziewczyna wierzy, że nareszcie będzie szczęśliwa, a Victor – no cóż, wpadł jak przysłowiowa śliwka w kompot.

image004 Tim Burton przyzwyczaił już nas, że żaden z poruszanych przez niego tematów nie jest prosty i jednoznaczny. Jego filmy budzą kontrowersje, choć co należy podkreślić, nie niosą ze sobą oburzenia czy niezadowolenia widowni. Oczywiście nie każdy widz może strawić jego poczucie humoru, groteskowy smak czy też grozę i makabrę, mimo tego, że podane są często w pięknym opakowaniu. A właśnie wszystkie te cechy posiada jego najnowsza produkcja. Więc przynajmniej wierni fani reżysera się nie zawiodą.

image001 To, co uderza na pierwszy rzut oka, to kontrast w barwach pomiędzy światem żywych a umarłych – tak odbiegający od naszych stereotypowych wyobrażeń. Sześć stóp pod ziemią jest niezwykle barwnie i wesoło. Zwłoki (w różnym stanie rozkładu) tańczą i bawią się, nie zważając zbytnio, na co rusz odpadające części ciała (a raczej tego, co z niego zostało). Ich pośmiertna egzystencja nie jest wiecznym potępieniem, wręcz przeciwnie, tu na reszcie mogą zaznać wiecznego spokoju po udrękach cielesnego życia. Z kolei na powierzchni wszystko jest szare i brudne. Wszędzie panuje dobrze znane zakłamanie, materializm i egoizm. Te same czynności wykonywane przez mieszkańców, są nudne i odruchowe, wynikłe z jednostajności i przyzwyczajenia. Panujący marazm, sprawia, że brak tu miejsca na pozytywne emocje. Nadzieja i szczęście opuściły to miejsce i najwyraźniej przeniosły się w zaświaty.

image002 Zaskakuje również sposób zrealizowania filmu, który sprawia, że mimo dość posępnego tematu, może on również bawić. Mogą go swobodnie obejrzeć zarówno dorośli jak i dzieci. Brak tu typowego makabrycznego wizerunku trupów, krwi lejącej się strumieniami i groźnych okrzyków w wykonaniu zombie. Burton przy współpracy z Pete’em Kozachikiem stworzyli kukiełkową animację, wykonaną z niebywałą precyzją i szczegółowością. Tym samym obraz stał się konkurencyjny dla produkcji Pixara czy Disney’a. Podczas gdy sceny ze świata „górnego” szybko pójdą w niepamięć, o tyle niemal, każdy element dotyczący umarłych wyraźnie utrwali się w umyśle. Pojawiające się ciało Emily – niezwykle zwiewne, odziane w nieco wysłużoną suknię ślubną, z poszarpanym przez czas welonem i ... jedną nogą obdartą ze skóry aż do kości, podczas gdy drugą pokrywa – niczym pończocha - błękitny naskórek. Chwilę potem oko gnijącej panny lądujące na ziemi, wypchnięte przez mieszkającego w głowie dziewczyny sympatycznego zielonego robaczka, zawsze ochoczo służącego poradą. Te i inne momenty, choć wydają się niesmaczne i makabryczne wywołają uśmiech na twarzy widza i sprawią, że z nieukrywaną radością będzie śledzić szczegóły wyglądu występujących postaci.

image009 Należy również pochwalić znakomity dubbing. Johnny Depp po raz kolejny udowadnia, że jest nietuzinkowym aktorem i nie można go zaszufladkować do jakiejś konkretnej kategorii, co niestety często zdarza się hollywoodzkim gwiazdom. Choć jego głos trudno tu rozpoznać, to jednak czuje się własny wkład artysty, który nadał swej postaci specyficzny charakter. Jego Victor to delikatny i nieśmiały chłopiec zagubiony w szarym świecie. Znajdujący pocieszenie w drobiazgach: dźwiękach fortepianu, widoku polnych kwiatów czy też zachwycie nad barwami motyli (te jako jedyne w szarym świecie ludzi mają kolorowe barwy). Głosu gnijącej pannie młodej użyczyła, Helena Bonham Carter – prywatnie narzeczona reżysera, którą znamy raczej z ról tajemniczych i nieposkromionych kobiet. Uczyniła z Emily łagodną, pełną życia i pasji postać - mimo jej raczej bardzo nieżywego stanu. Po prostu zwala z nóg. Podobnego wrażenia nie robi pierwotna narzeczona – Victoria, przemawiająca głosem Emily Watson. Owszem jest słodka i urocza, jednak mimo tętniącego w niej życia, wydaje się być bardziej martwa niż sama Emily. Brak w niej tej chęci życia, miejscami wydaje się równie szara i nudna, jak otaczający ją świat. Nie jest to oczywiście wina podkładającej głos aktorki, dla której ta rola jest animatorskim debiutem. Po prostu jej bohaterka należy do świata, który reżyser pokazał jako mniej interesujący i budzący niechęć. Jest wręcz nim przesiąknięta, choć widać w niej jakaś iskierkę nadziei na zmianę tego stanu rzeczy. Widzowi jednak z łatwością przyjdzie sympatyzować z przypadkową żoną głównego bohatera, niż wybranką jego serca. Ta bowiem, choć nie posiadająca bijącego serca, wydaje się być bardziej żywa niż niejeden śmiertelnik.

image007 Nie ma co ukrywać, to był dobry rok dla Tima Burtona. Można śmiało zapomnieć o raczej nieudanym projekcie, do których zalicza się Planetę małp. Reżyser wrócił do formy jaką prezentował w Jeźdźcu bez głowy czy Edwardzie Nożycorękim. Na przestrzeni jednego roku uraczył nas świetnymi obrazami, jakimi z pewnością są Charlie i fabryka czekolady oraz Gnijąca panna młoda. Wszystkim gorąco polecam głównie ten ostatni film, gdyż pozwoli zobaczyć życie po śmierci w zupełnie nowym świetle. A obecny czas jest dobrym momentem na właśnie takie refleksje.


blog comments powered by Disqus