15 minut feelingu

plakat filmu 15 minut feelingu

Mający status reżysera kultowego Wes Craven, uznawany jest za człowieka, który po wielu latach znów wprowadził teen-slashser do kin. Stało się to w roku 1996, wraz z premierą filmu Krzyk. Pośrednio "zawdzięczamy" mu także wysyp nieudolnych imitacji Krzyku, jak Walentynki czy Koszmar Minionego Lata. Sam Craven wyreżyserował jeszcze dwie części Krzyku, lecz żadna z nich nie była tak dobra, jak oryginał. W roku 2005 Craven znów święci sukcesy, tym razem za sprawą Red Eye, wyświetlanego właśnie w kinach na całym świecie i zbierającego bardzo dobre recenzje, oraz Przeklętej.
Od dnia, w którym Krzyk dumnym krokiem wkroczył do kin i zebrał zasłużone pochwały, Craven nie brał udziału w żadnym przedsięwzięciu z gatunku horroru, które można by uznać za udane. Niestety nie inaczej jest w przypadku Przeklętej. Film opowiada o parze rodzeństwa, która, zaatakowana przez wilkołaka, musi radzić sobie z przemianą w kolejne egzemplarze wilczego gatunku. Efekty są różne - od apetytu na surowe mięso do zwiększonego popędu seksualnego. Nie łudźcie się jednak, że będziecie z uwagą obserwować losy dwóch młodych ludzi zmieniającyh się w wilkołaki, jak miało to miejsce chociażby w Ginger Snaps. W Cursed zastanawiać się będziecie, czy jest to film grozy, czy kolejna hybryda American Pie. Zmiany zachodzące u bohaterów są zupełnie nieprzekonywujące i wręcz śmieszne. Ale to nie wszystko. Gdy już widzimy wilkołaka w całej okazałości (tak, okazuje się, że oni są wśród nas i jest ich więcej) wywołuje to jeszcze szerszy uśmiech na naszych twarzach. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełnia scena kompletnej przemiany człowieka w owsłosione monstrum, wykonana chyba na zwykłym komputerze klasy PC. Twórcy filmu powinni uczyć się charakteryzacyjnych majstersztyków rodem z The Howling czy oscarowego An American Werewolf in London, gdzie wspomniany proces szokował swoim wykonaniem. Tak się jednak nie stało i na ekranie biega komputerowy wilkołak. Przeklęta sprawdza się bardziej w roli kolejnego głupawego filmu dla nastolatków, a nie przerażającego horroru, ktore zwykł kiedyś kręcić Craven.
Warto obejrzeć jedynie pierwsze piętnaście minut filmu, w których zawarta jest jedyna dobra scena gore oraz specyficzny feeling obrazu klasy-B, charakterystyczny dla Cravena. Resztę można sobie spokojnie odpuścić.


blog comments powered by Disqus