Co to jest topless?

Autor: aDiego
plakat filmu Co to jest topless?

Takie i inne pytania m.in. zadają sobie bohaterowie Czasu surferów w reżyserii Jacka Gąsiorowskiego. Polska komedia sensacyjna będąca odpowiedzią na sztukę filmową w wykonaniu samego Quentina T.

Film opowiada historię Dżokera (Bogusław Linda), który postanowił wprowadzić w życie pozornie prosty plan – namierzyć i porwać Czarneckiego, biznesmena, który dwa lata wcześniej wyrzucił go z pracy. Z natury mściwy Dżoker przez te dwa lata zbierał informacje o Czarneckim. Aż wreszcie znalazł to, czego szukał – Czarnecki ma dług u Klamy (Zbigniew Zamachowski), a Klama to gangster, z którym nie ma żartów. Czarnecki wie to doskonale, dlatego „zapadł się pod ziemię”. Dżoker wie, jak do niego dotrzeć – wystarczy śledzić jego żonę (Agnieszka Maciąg).A potem trzeba tylko porwać, postraszyć, że jest się od Klamy, zgarnąć forsę i zniknąć. Jest tylko jeden problem – Dżoker nie może tego zrobić, bo Czarnecki go zna. Zrobić to mogą za to – Fifi (Krzysztof Skarbiński), Bonus (Bartosz Obuchowicz) i Kozioł (Michał Nowaczyk), znajomi Dżokera, którzy większość czasu spędzają na obijaniu się, rozmawianiu o głupotach, ewentualnie na siedzeniu w kinie. A że ich ulubione filmy to filmy gangsterskie – z chęcią podejmują się wykonania zadania. Pytanie tylko, czy dobre chęci wystarczą...

[ za: materiały dystrybutora]

Jak twierdzi sam reżyser – jego film nie jest repliką filmów Quentina Tarantino. „Nie chcieliśmy zrobić repliki, ale skorzystaliśmy z danej nam lekcji . Czas surferów nie jest polską podróbką”.
I faktycznie, fascynacja sztuką pokazaną we Wściekłych psach jest widoczna, nie tylko dlatego, że w filmie pokazano ich fragment. Również sposób narracji jest zaczerpnięty od Tarantino. Rzadko w polskiej kinematografii mamy do czynienia z retrospekcjami. Tutaj jest ich sporo, Czas surferów zaczyna się tak naprawdę środkiem opowieści, gdzie potem widz śledzi wydarzenia sprzed pierwszych sekwencji filmu. Potem akcja idzie już zupełnie do przodu i wszystko się wyjaśnia.
Sposób narracji, to jedno, ale akcja to już drugie. I tutaj już dopatrywałbym się inspiracji Guyem Richie. Zagmatwana historia, gdzie jedno jest oczywiste, a okazuje się drugie. To widzieliśmy m.in.w słynnych i kultowych już Porachunkach.
Czy jednak Czas surferów czerpiąc z pomysłów niekonwencjonalnych twórców przemysłu filmowego broni się? Biorąc przy tym pod uwagę tylko sam pomysł, to TAK! Opowiedziana tutaj historia jest bardzo ciekawa, gdzie na brak zwrotów akcji narzekać nie można. Pod względem scenariusza, to jeden z najlepszych filmów ostatnich lat wyprodukowanych przez rodzimą kinematografię. Niestety, pod względem wykonania jest już znacznie gorzej.
Już na początku widza może drażnić sposób pokazania historii. Zdjęcia owszem, ciekawe – robione bardziej jako amatorskie. Pełno tu ujęć z ręcznej kamery, czy ze „stady kamów”, co ożywia obraz. Twórcy jednak za bardzo poszli w amatorszczyznę, przez co całość wygląda tak, jakby była nagrywana na zwykłej kamerze cyfrowej, którą można kupić w każdym lepszym hipermarkecie.
Sama technika zdjęć to jednak nic w porównaniu z grą aktorską, która jeszcze bardziej przypomina tanią produkcję offową. Główni bohaterowie nie wykazują zbyt dużego kunsztu aktorskiego. Widać, że w większości to naturszczycy, którzy wcześniej nie mieli do czynienia z aktorstwem. W momencie, kiedy gra Krzysztofa Skarbińskiego jako Kozioł i Michała Nowaczyka w roli Fifiego (obaj przeczytali ogłoszenie o castingu w gazecie) może się momentami podobać, to doświadczony już Mateusz Maksiak zawodzi. Obsadzenie go w roli Rysia było kompletnym nieporozumieniem. Na tle kolegów, którzy zaliczyli przy okazji Czasu surferów debiut ekranowy – wypada on tragicznie.
Słuchając dialogów miałem mieszane uczucia. Z jednej strony to idiotyczne rozmowy, często pozbawione sensu, a z drugiej odzwierciedlenie tego, jak przedstawiona w filmie społeczność zachowuje się w naszej szarej, polskiej rzeczywistości. Minus i plus w jednym. W matematyce daje to minus, ale ja dorzucę jeszcze jeden plusik w postaci humoru, który bije z ekranu. Nie da się ukryć, że te głupie i strasznie proste dialogi śmieszą. Może nie są one na miarę Chłopaków nie płaczą, czy Poranku kojota, ale z pewnością kilka z nich przejdzie do historii i będzie powtarzana na miejskich i wiejskich podwórkach.

Czy należy dać rekomendację obrazowi Gąsiorowskiego? Cóż, jeśli chcemy się pośmiać, zobaczyć jak sobie radzą debiutanci z wielkimi gwiazdami polskiego kina i mamy ochotę popatrzeć na półnagą Agnieszkę Maciąg (która jak sama powiedziała - „robiłam, to co umiem najlepiej, czyli chodziłam”), to warto wybrać się do kina. Fani muzyki Doniu również będą zachwyceni, bo twórca ten zrobił kawał dobrej roboty.


blog comments powered by Disqus